Opublikowano Dodaj komentarz

Kiszone mirabelki i ałycze a la oliwki

Nie zawsze musimy czekać, aż piękne, dojrzałe owoce spadną nam pod nogi z krzaczka. Czasem wręcz fajnie jest zająć się jeszcze zielonymi owocami. Do tej grupy należą np. mirabelki.
Wielu z was zapewne słyszało o polskich oliwkach, czyli kiszonych owocach derenia jadalnego. My tym razem proponujemy poeksperymentować z zielonymi mirabelkami.
W Gruzji niedojrzałe mirabelki przerabia się na przepyszny sos tkemali, ale my chcemy was zachęcić do zrobienia z nich, na wzór tych dereniowych, mirabelkowych oliwek.
To bardzo proste.
Niedojrzałe i nieuszkodzone owoce wsypujemy do wyparzonego słoja. Możemy dodać takie, przyprawy jakie lubimy najbardziej.
Proponujemy kwiatostany marchwi i gałązki bylicy pospolitej w towarzystwie czosnku, ale możecie też dodać ziele angielskie albo jałowiec.
Wypełniony słoik zalewamy solanką (2 łyżki soli na litr wody) i zakręcamy wyparzoną pokrywką. Zostawiamy w temperaturze pokojowej do ukiszenia na 10 dni. Muszą być dobrze ukiszone!
Po tym czasie odlewamy solankę, a owoce zalewamy podgrzanym do 70-80 stopni olejem lub oliwą. Możemy ją doprawić, żeby była bardziej aromatyczna.
Całość zostawiamy jeszcze na kilka dni – i gotowe!
Uwaga! Nie pomijamy etapu kiszenia! Kwaśne, niskie pH zabezpiecza przed rozwinięciem się w oleju niebezpiecznych bakterii, m.in. laseczki jadu kiełbasianego (Clostridium botulinum).
Jeżeli nie chcecie mirabelek kisić, możecie zamiast tego w pierwszym etapie zamarynować je w occie.
Smacznego!

Opublikowano Dodaj komentarz

Zabawa w kulki, czyli sferyfikacja octu

Czasem lubimy sobie urozmaicić sposoby podania naszych własnych octów.
Można je wykorzystać o wiele ciekawiej niż po prostu do polewania sałatki czy zakwaszania zup.
Jednym ze sposobów jest przygotowanie octowego „kawioru”.
Sferyfikacja, czyli wytwarzanie kulek różnej wielkości z płynu, jest techniką znaną od dawna w kuchni molekularnej.
W dodatku jest to metoda bardzo prosta do wykonania w domu, a składniki do tego potrzebne kupimy już w każdym większym markecie.

Co będzie nam potrzebne?

1. Oczywiście ocet. Najlepiej o wyraźnym, bogatym, przyjemnym smaku. Jeżeli użyjemy kolorowego, nasz kawior również będzie kolorowy.

2. Agar-agar w proszku. Agar to substancja żelująca uzyskiwana z krasnorostów. W zimnej wodzie pęcznieje, a w gorącej (90-100 stopni) się rozpuszcza. Co ważne, zestala się z powrotem już w temperaturze 40-50 stopni, co sprawia, że ma wiele zastosowań w kuchni. Jego rosnąca popularność sprawiła, że w tej chwili można go już bez problemu kupić w każdym większym supermarkecie.

3. Olej. Dużo oleju:) To będzie medium, w którym będą powstawać kulki octu. Najlepiej wykorzystać do tego bezbarwny, rafinowany olej o neutralnym smaku.

4. Przezroczysty garnuszek na olej (może być słoik) i strzykawka lub pipeta.

No to zaczynamy!

Przygotowanie:

1. Olej przelej do garnuszka/słoika, tak aby było go sporo, i wstaw do zamrażalnika na przynajmniej 30-40 minut. Olej musi być bardzo zimny.

2. Ocet przelej do garnuszka i dodaj do niego tyle proszku agarowego, żeby osiągnąć 1,5% stężenie.

3. Garnuszek z octem i agarem ustaw na małym ogniu i podgrzewaj, mieszając aż do zagotowania. Gotuj na małym ogniu 3-4 minuty, cały czas mieszając.

4. Ostudź roztwór octu do temperatury ok 50 stopni Celsjusza (w tej temperaturze zaczyna się zestalanie agaru; jeżeli temperatura spadnie za bardzo, płyn zmieni się w galaretkę, za gorący z kolei nie będzie tworzył ładnych kulek i podniesie temperaturę oleju)

5. Wyjmij pojemnik z olejem z zamrażalnika. Do pipety albo strzykawki nabierz ocet z agarem i ostrożnie wkraplaj po kropli roztwór do zimnego oleju. Jeżeli kuleczki nie chcą opadać, ale pływają po powierzchni, możesz zanurzyć końcówkę pipety/strzykawki nieco pod powierzchnię.

6. Gotowe kulki odcedźcie na sitku, a następnie przemyjcie bardzo zimną wodą.

Gotowe!
Taki octowy kawior możecie użyć jako dekorację sałatek,przystawek, dodać do zupy czy drinków:)

Dobrej zabawy!

A jak zrobić najsmaczniejszy ocet z dodatkiem dzikich roślin jadalnych?
Jak przygotować dzikie kimchi?
Co dodać do fermentowanych past i gąszczy?

Tego nauczymy was już niedługo na warsztatach dzikiej fermentacji!
https://www.facebook.com/events/440426530025843/

Opublikowano Dodaj komentarz

Pakora z mąki besan i kłosów zarodnionośnych skrzypu

Wiosna to czas, kiedy podczas spacerów możecie się natknąć na coś, co wygląda jak kosmiczne roślinki.
Rosną na poboczach dróg albo w lesie lub na łąkach. Są łuseczkowate i wcale nie zielone.
To kłosy zarodnionośne skrzypu. To one są organami rozrodczymi skrzypów i często wprowadzają nas w
konsternację, bo w niczym nie przypominają zielonej choineczki, do jakiej jesteśmy przyzwyczajeni,
słysząc słowo skrzyp:)
Jeszcze miej osób wie, że są jadalne. Trzeba je wprawdzie najpierw poddać obróbce cieplnej, ale warto
spróbować ich chociaż raz. Mają ciekawą, lekko mączystą konsystencję i dość neutralny smak.

Składniki: garść kłosów zarodnionośnych skrzypu (otwartych i niespleśniałych!)
mąka besan (z ciecierzycy)
przyprawy: kumin, chili, mielona kolendra, sól
woda
olej do smażenia (w miarę delikatny i bezzapachowy, np. z pestek winogron).

Przygotowanie:
1. Zebrane kłosy zarodnionośne skrzypu przebieramy, myjemy pod bieżącą wodą, zalewamy nową
porcją wody i gotujemy kilka minut.
(Kłosy zarodnionośne koniecznie trzeba poddać obróbce cieplnej, a wodę z gotowania odlać!)
2. Przegotowane kłosy odcedzamy i dokładnie osuszamy na ręcznikach papierowych.
3. W miseczce mieszamy pół szklanki mąki besan z mielonym kuminem, mielonym chili, mieloną
kolendrą (po 1/3 łyżeczki), odrobiną soli w miseczce. Dodajemy tyle lodowatej wody, żeby powstało
gęste, ale lejące się ciasto.
4. Na patelni rozgrzewamy grubą warstwę oleju.
5. Osuszone kłosy wrzucamy do ciasta i wyjmujemy pojedynczo widelcem, a następnie umieszczamy na
patelni. Smażymy na złoto, uważając, żeby nie przypalić.
6. Odtłuszczamy na papierowym ręczniku.

Opublikowano Dodaj komentarz

Kadzidła palone na węgielku – FAQ

Istnieje wiele rodzajów kadzideł, m.in. kadzidła trociczkowe – w formie patyczków, sznurowe i kadzidła stożkowe. Wszystkie je można palić bez użycia węgielków i zdarza się że najczęściej wybieracie właśnie takie.
Wydaje się wam, że palenie kadzideł na węgielku jest sprawą o wiele bardziej skomplikowaną i nie wiecie, jak się do tego zabrać, więc na wszelki wypadek z nich rezygnujecie.
Nie idźcie tą drogą!;)

Palenie kadzideł na węgielku jest proste, a także ma wiele zalet, o które trudno w przypadku kadzideł samopalących się.

No to zaczynamy!

Co będzie wam potrzebne do palenia kadzideł na węgielku?
Oczywiście kadzidło, węgielek trybularzowy, szczypce, żaroodporna miseczka i coś, czym ją wypełnimy, oraz zapałki/zapalarka, zapalniczka lub palnik gazowy.

Czym wypełnić żaroodporną miseczkę?
Najprościej solą albo piaskiem. Nie palą się, mają dużą pojemność cieplną, dobrze izolują i można ich używać wielokrotnie. Dobrym rozwiązaniem jest też zakup popiołu ryżowego którego można używać bardzo długo. Jest to rozwiązanie nieco bardziej kosztowne, ale daje więcej możliwości (można np. przy użyciu takiego popiołu wysypywać ścieżki/zegary kadzidlane, ale to już zupełnie inna historia).

Węgielki trybularzowe:
Węgielki trybularzowe można zakupić w sklepach z shischą, handlujących dewonocjaliami albo w internetowych sklepach z kadzidłami. Nie kosztują wiele, a jeden węgielek można podzielić na dwie lub trzy części i używać tylko jednej naraz. To zależy od tego, czy lubicie intensywny zapach kadzidła i długi czas palenia.
Warto też spróbować wysokiej jakości (niestety droższych) bambusowych węgielków japońskich.

Jak palić kadzidła węgielkowe – krok po kroku:

1. Przygotuj żaroodporną miseczkę.

2. Wypełnij ją solą (piaskiem/popiołem ryżowym)

3. Węgielek trybularzowy umieść w szczypcach (możesz oczywiście chwycić go palcami, ale w tym przypadku bądź ostrożna/-ny) , bardzo dobrze sprawdzają się drewniane szczypce do ogórków kiszonych – do kupienia w sklepach ze sprzętem domowych), a następnie rozżarz jedną stronę węgielka.

4. Rozżarzony węgielek umieść na soli, a na nim ułóż wybrane kadzidło.

I już!
To naprawdę takie proste:)

No dobrze. Dlaczego warto w ogóle zajmować się kadzidłami węgielkowymi?

+ Nie wszystkie składniki używane do okadzania są w stanie palić się same w kadzidłach stożkowych czy trociczkowych.
+ W samopalących się kadzidłach (naturalnych) nie uzyskacie niektórych nut zapachowych. Nie wszystkie żywice, zioła, drewna zapachowe czy olejki eteryczne znajdą zastosowanie. Nie uzyskacie też słodszych nut, np. karmelowych. W powszechnie dostępnych kadzidłach stożkowych często pewne aromaty są uzyskiwane za pomocą substancji syntetycznych.
Jeżeli poszukujecie większej gamy zapachowej, ale zależy wam na naturalnych składnikach, warto przekonać się do przygody z węgielkami.

Powodzenia!

Ogólne zasady BHP:

1. Rozpalone kadzidła (niezależnie od rodzaju) zawsze umieszczajcie z dala od źródeł ognia i substancji łatwopalnych.
2. Nigdy nie zostawiajcie palących się kadzideł bez nadzoru albo na noc.
3. Nie wdychajcie dymu, wsadzając w niego twarz.
4. Nie używajcie kadzideł wewnętrznie.
5. Zachowajcie ostrożność przy paleniu kadzideł w pomieszczeniach, w których przebywają małe dzieci albo zwierzęta domowe.
6. Po spaleniu kadzideł zawsze przewietrzcie mieszkanie.

Kilka przydatnych linków:

Węgielki trybularzowe:
e-religijne
Nepal Shop
Popiół ryżowy:
Nepal Shop
Szczypce:
sklep.technica.pl
nakrywamy.pl
A w naszej ofercie są dostępne kadzidła węgielkowe:

1. Kadzidła damarowe: z żywicą damar i rozmarynem.
2. Las: z jałowcem i sosną
3. Łąka: z krwawnikiem i marchwią
4. Morze: z bursztynem bałtyckim i porostami
5. Bakhoor: kadzidła w stylu arabskim, z jaśminem, drzewem sandałowym i bakaliami.
6. Kyphi: staroegipskie kilkunastoskładnikowe kadzidła z mirrą i szafranem.
7. Nerikoh: kadzidła w stylu japońskim do podgrzewania ale można je też palić na węgielku.
8. Opal black: cięższe kadzidła z żywicą opal black i czerwonym cedrem
9.Żywiczne z kilkoma rodzajami żywic i badianem.

Opublikowano Dodaj komentarz

Wiosnówka. Maleństwo pełne mocy

Wiosnówka

Czy zwróciliście kiedyś uwagę na maleńkie białe kwiatki rosnące przy torach kolejowych, nasypach, na dróżkach albo trawnikach, które pojawiają się wczesną wiosną?
Być może nie, bo są naprawdę niewielkich rozmiarów.
To prawdziwy znak, że przyszła wiosna, bo te maleństwa to wiosnówka pospolita (Erophila verna (L.) Besser = Draba verna Linne).
W maju nie ma już po niej śladu. Kończy kwitnienie, wydaje nasiona i obumiera.

Warto się z nią zapoznać. To cenny surowiec leczniczy! Tak. Ten mikrusek ma moc!:)

Należy do rodziny kapustowatych, a składnikami czynnymi w jej kwitnącym zielu są m.in. glikozydy siarkowe, olejek gorczycowy,flawonoidy i fitosterole. To sprawia, że jest idealnym surowcem na wiosnę bo wspomaga odtruwanie organizmu, pobudza wydzielanie soków żołądkowych, działa przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo, a także wspomaga trawienie. Pomoże też przy infekcjach.
Najlepiej dodawać ją na surowo do sałatek, koktajli, surówek. Można też ją zmiksować z oliwą i sokiem z cytryny i używać jak winegret. Idealna roślina na wiosenne osłabienie!

Jeżeli jednak nie pociąga was zabawa w sałatki, przygotujcie z niej intrakt, zalewając ją gorącym wytrawnym winem lub wódką (1:5), zostawcie na 3 dni, a potem odcedźcie. Zażywajcie z miodem przy infekcjach albo problemach z trawieniem.

Wiosnówkę można też nakładać na skórę w postaci pulpy albo naparu w przypadku stanów zapalnych skórny, zadrapań, zranień. Działa przeciwbakteryjnie i odkażająco.Wiosnówka

Żródła:
Mediplantepirus

strona dr. Różańskiego

Opublikowano Dodaj komentarz

Inwazja roślin

Zastanawialiście się kiedyś, czy rośliny mogą być najeźdźcami?
Czy te delikatne, wydawałoby się, istnienia czerpiące siłę ze słońca i wody, przyczepione na stałe korzeniami do jednego miejsca i pełne zielonego chlorofilu mogą się stać zagrożeniem?
Okazuje się, że tak.
Na tegorocznej edycji Nocy Biologów miałyśmy wielką przyjemność wysłuchać wykładu dr Haliny Galery właśnie na temat roślin inwazyjnych.

No dobrze, ale co to w ogóle znaczy że roślina jest inwazyjna?
Aby uznać gatunek za inwazyjny, musi on być obcego pochodzenia i po wprowadzeniu do środowiska stanowić zagrożenie dla lokalnej bioróżnorodności. Zwykle dzieje się tak dlatego, że rośliny inwazyjne szybko się rozmnażają i skutecznie zajmują nowe miejsca.

Są cztery stopnie inwazyjności:
I – to te gatunki które mogą być problematyczne, ale jeszcze nie rozprzestrzeniły się na większą skalę.
II – to te gatunki, które są znane ze swojej inwazyjności w innych krajach albo już zaczęły pochód i zajmują lokalnie coraz większe obszary lub pojawiają się w coraz większej liczbie miejsc.
III – to te gatunki, które znamy na razie z rozproszonych lub nielicznych stanowisk, ale jednocześnie wiemy dobrze, że są zagrożeniem.
IV – to te gatunki, które zajęły już duże obszary, występują licznie i stanowią spore zagrożenie dla bioróżnorodności.

Rośliny inwazyjne są na tyle istotnym problemem, że istnieje nawet europejski Kodeks postępowania w zakresie ogrodnictwa i inwazyjności roślin obcych.

Chcecie przykłady?:)

Co roku w mediach głośno o inwazyjnych barszczach: barszczu sosnowskiego i nieco mniej znanym kuzynie, barszczu Mantegazziego.

Zawierają one furanokumaryny, co oznacza że kontakt z nimi może skończyć się bolesną i trudno leczącą się fotodermatozą.
Roślina o znacznie ładniej brzmiącej nazwie – Ambrozja bylicolistna, również inwazyjna – może nam także przysporzyć problemów, ponieważ jej pyłek jest silnie uczulający. W dodatku jest trująca.
A drzewa i krzewy? Mogą być inwazyjne? Owszem.
Przykładem jest choćby bożodrzew gruczołkowaty (Ajlant), który nie dość, że produkuje uczulający pyłek i może powodować problemy skórne, to jeszcze zanotowano kilka przypadków zapalenia mięśnia sercowego w momencie, kiedy jego sok dostał się poprzez uszkodzenia skóry do krwiobiegu. Jest też niebezpieczny dla zabytków, ponieważ jego silne korzenie potrafią rozsadzać mury.
KOlejne rośliny, które widać już niemal wszędzie, to rdestowiec ostrokończysty i jego mieszaniec z rdestowcem sachalińskim – rdestowiec pośredni.
Każdy, kto interesuje się botaniką i chodzi regularnie na spacery, zauważy, jak wiele terenów miejskich, podmiejskich i dzikich skutecznie zarastają jego wysokie łodygi i wielkie liście.

Do innych roślin inwazyjnych (IV stopnia) należą m.in.: robinia akacjowa, aster nowobelgijski i róża pomarszczona, a także (w grupie III stopnia) jesion pensylwański, kroplik żółty czy łubin trwały.

Nad brzegami rzek można z kolei zaobserwować zwarte kępy innej rośliny inwazyjnej kolczurki klapowanej.

No dobra, ale czy naprawdę jest się czym przejmować?
Owszem. Rośliny inwazyjne mogą skutecznie i na wielkich obszarach wypierać rośliny rodzime, zubożając nasza florę. Wystarczy przypomnieć sobie późnoletnie złote pola pełne nawłoci kanadyjskiej. Właśnie, tylko i wyłącznie nawłoci bez innych roślin. Albo zaduszone kolczurką brzegi warszawskiego odcinka Wisły. Dla świadomego miłośnika botaniki są bardzo smutne widoki.

Co możemy z tym zrobić?
Przede wszystkim edukować siebie i innych. Dowiedzieć się, które rośliny są roślinami inwazyjnymi, gdzie i dlaczego. Wiedza przede wszystkim.
Oprócz tego nie sadzić (nawet jeżeli pięknie by wyglądały w ogródku i jesteśmy przekonani, że je upilnujemy), nie przyczyniać się, najczęściej nieświadomie, do ich rozprzestrzeniania (np. roznosząc nasiona na ubraniu lub dzieląc kłącza) oraz aktywne usuwać je ze środowiska (sposoby są różne – od ścinania kwiatów po wykopywanie).

Źródła:
Wykład na temat roślin inwazyjnych Dr. Haliny Galery ( Noc Biologów 2019)
kdpo.gdos.gov.pl

Opublikowano Dodaj komentarz

Zagorzałek – kwiat babiego lata

Zdarza się, że stawiając pierwszy krok na nieznanej łące, nie podejrzewasz jakie niespodzianki kryje i ile skarbów wyniesiesz z tej wycieczki.
Tak też było tym razem.
Wybraliśmy się nad Bug w poszukiwaniu nowych terenów na botaniczne wyprawy i naprawdę nie spodziewałam się ujrzeć wiele więcej niż miętę nadwodną, połoniczniki albo łącznie.
Już jednak parę pierwszych kroków uświadomiło mi, że oto stoję przed rośliną, którą mam okazję widywać niezmiernie rzadko tam, gdzie mieszkamy.
Mówię o zagorzałku późnym (Odontites vernus subsp. Serotinus). Nazwa wskazuje na to, że zakwita późno – bo dopiero późnym latem/wczesną jesienią.
To bardzo ciekawa roślina z rodziny trędownikowatych (o trędowniku bulwiastym należącym do tej samej rodziny już pisałyśmy tu). Jest półpasożytem, co w tym przypadku oznacza że pobiera z korzeni innych roślin rosnących obok wodę i inne substancje za pomocą specjalnych ssawek.
Możecie go spotkać w pełni kwitnienia właśnie teraz, na podmokłych łąkach, terenach nadrzecznych oraz pastwiskach.
Przez rolników traktowany jest czasem jak chwast, ponieważ zdarza się że zarasta uprawy ozimych zbóż.

Jest niezwykle przydatnym ziółkiem. Ma silne właściwości przeciwzapalne, antybakteryjne, przeciwbólowe i przeciwreumatyczne. Znajdzie więc zastosowanie przy zapaleniu stawów, chorobach narządów płciowych, zapaleniach jamy ustnej czy problemach skórnych.
W dodatku można go stosować tak samo jak świetlik przy chorobach oczu, co jest bardzo dobrą wiadomością, ponieważ wiele gatunków świetlików jest tak rzadkich, że objęto je ochroną (a w dodatku nie zawsze łatwo określić, z którym gatunkiem mamy do czynienia), natomiast zagorzałek jest rośliną pospolitą na terenie całego kraju.

Najłatwiej jest go ususzyć i przygotowywać z niego napar (1 łyżka ziela na szklankę wody), a następnie pić (4 razy dziennie po 100 ml) lub stosować do okładów i przemywań.

Wyruszajcie witać babie lato na łąki w poszukiwaniu zagorzałka. Warto go mieć w domowej apteczce.

Opublikowano Dodaj komentarz

Połonicznik nagi (Herniaria glabra L.)

Znacie taką roślinkę jak połonicznik nagi?
Obiła wam się o uszy ta nazwa? Umiecie sobie przypomnieć, jak wygląda?
cale się nie zdziwię, jeżeli większość w was usłyszała o nim w tej chwili pierwszy raz w życiu.
To bardzo mała, płożąca się i niepozorna roślinka występująca na piaszczystych, słonecznych, ubogich i suchych murawach, obrzeżach lasów i w niektórych borach.
Bardzo często niezauważana z powodu niewielkich rozmiarów (listki mają do 10 mm, a kwiatki ledwie 2 mm (!).
Ja jednak mam do niej ogromny sentyment. Może dlatego, że bardzo lubię takie nienarzucające się i wytrwałe istoty.

Warto się z połonicznikiem zaprzyjaźnić i dać się uwieść jego skromnemu urokowi.
To surowiec zielarski używany w terapii chorób układu moczowego.
Działa moczopędnie, rozkurczowo, odkażająco na drogi moczowe, pomaga też rozkruszyć drobne złogi. Ponadto stosuje się go też w przypadku chorób reumatycznych, chorób skóry, a także w kosmetologii (ciekawostką jest to, że dawniej w Regionie Nadbużańskim używano do mycia się właśnie połonicznika – nazywano go ptasim mydłem, ziele zawiera bowiem saponiny).
Jego zwyczajowa francuska nazwa oznacza kruszyciela kamieni (casse pierre – pokruszony kamień).

Możecie więc po niego sięgnąć, kiedy pojawi się u was zapalenie cewki moczowej, nieprzyjemne uczucie parcia na mocz czy ból przy jego oddawaniu, a zewnętrznie stosować połonicznik do przemywań w przypadku trądziku lub łojotoku.

Ziele połonicznika dobrze jest łączyć z innymi ziołami. Można go z powodzeniem suszyć. Prawidłowo wysuszony powinien zachować jasnozieloną barwę oraz uzyskać dość silny, kumarynowy aromat.
Pamiętajcie tylko, że ze względu na rozmiary i występowanie trzeba go przed suszeniem dokładnie umyć z resztek piasku!

Najłatwiej zrobić połonicznikowy napar.
W tym celu 2 łyżki ziela (czyli całej rośliny) zalewamy szklanką wrzątku i odstawiamy na 30 minut. Po tym czasie odcedzamy, a napar pijemy 4 razy dziennie w niewielkich ilościach (po 100 ml).

Można też zrobić z niego wino ziołowe (w proporcji ½ szklanki ziela na 400 ml wina) albo intrakt (czyli nalewkę na gorącym alkoholu w tej samej proporcji. Pamiętajmy tylko, że w przypadku wyciągów alkoholowych zmniejszamy dawkę i przyjmujemy je do 4 razy dziennie po 10 ml.

PRZECIWWSKAZANIA:
Nie używamy połonicznika, jeżeli cierpimy na zapalenie kłębuszków nerkowy oraz stany zapalne żołądka i dwunastnicy.

Źródła:
www.rozanski.li
www.gramzdrowia.pl
„Flora Polski. Rośliny Leśne” Leokadia Witkowska-Żuk
„Leksykon roślin leczniczych” pod redakcją Antoniny Rumińskiej i Aleksandra Ożarowskiego

Opublikowano Dodaj komentarz

Perełkowiec japoński czyli bogactwo bioflawonoidów

Wraz z pierwszymi dniami wiosny zielarze i zielarki wyruszają na poszukiwania kwiatów forsycji, która jest wiosennym źródłem rutyny, czyli bioflawonoidu zaliczanego do grupy związków nazywanych witaminą P.
Bioflawonoidy te świetnie uszczelniają i wzmacniają naczynia krwionośne, mają działanie przeciwalergiczne i przeciwzapalne oraz przeciwzakrzepowe.
Bioflawonoidy zapobiegają też szybkiemu utlenianiu się witaminy C w organizmie.

Czy to znaczy, że jeżeli przegapiliśmy żółte forsycjowe kwiaty albo nie mamy dostępu do ziela gryki, nie mamy możliwości przygotować sobie zapasu surowca pełnego witaminy P?

Ależ nie!
Świetnym surowcem flawonoidowym, trochę nieoczywistym i często występującym w miastach jako ozdobne drzewo są kwiaty (tylko!) perełkowca japońskiego (Styphnolobium japonicum L.) inaczej zwanego szupinem lub soforą japońską.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam kwitnący perełkowiec, pomyślałam, że to bardzo dziwna robinia akacjowa. To nie było takie złe skojarzenie, dlatego że szupin, podobnie jak ona, należy do rodziny bobowatych a jego kwiaty bardzo przypominają te robiniowe. Kwitnie jednak znacznie później, bo w lipcu-sierpniu, a całe kwiatostany są rozgałęzione. Najlepiej do celów zielarskich nadają się kwiaty tuż przed rozkwitem.
Gatunek ten pochodzi z Japonii, a do Europy został sprowadzony dopiero w 1750 roku.
Jest też rośliną miododajną.

Co zrobić z zebranymi kwiatami?
Możemy je suszyć i zaparzać (1 łyżka kwiatów na szklankę wody, raz dziennie.) Pamiętajmy tylko o suszeniu w niskiej temperaturze i bez dostępu światła. Warto też rozważyć zrobienie z nich, od razu po zebraniu, intraktu.
W tym celu należy podgrzać 5 części 40% alkoholu i zalać nim kwiaty (1 część). Macerować 14 dni, a następnie odcedzić.
Taki intrakt podajemy raz albo dwa razy dziennie w niewielkich ilościach (5-10 ml)

Żródła:
http://rozanski.li/

https://panacea.pl/

Opublikowano Dodaj komentarz

Trędownik bulwiasty – na ugryzienia komarów

Jeżeli w czasie urlopu wybieracie się nad rzekę, do wilgotnych lasów albo nad jeziora, zapewne mimo środków ochronnych zdarzy się wam jednak zostać pogryzionym przez komary.
Na szczęście natura bardzo często podsuwa nam środki zaradcze. Wystarczy tylko dokładnie się rozejrzeć.
Na wilgotnych terenach, przey brzegach rzek i jezior często rośnie bowiem trędownik bulwiasty. Roślina, którą większość z nas pomija, bo nie ma przepięknych i okazałych kwiatów przyciągających spojrzenia. A to ona może nam pomóc pozbyć się nie tylko swędzenia i opuchlizny po ugryzieniach owadów, ale też wspomoże naszą skórę przy innych drobnych urazach oraz stłuczeniach, zwichnięciach i siniakach.

Trędownik bulwiasty należy do rodziny trędownikowatych (do tej samej rodziny należy też dziewanna, budleja czy namulnik) i ma w naszym kraju kilkoro braci, m.in. trędownika omszonego, skrzydlatego czy wiosennego.
Jest bardzo pospolitą, wieloletnią rośliną dość dużych rozmiarów (osiąga 120 cm wysokości).
Liście różnią się wyglądem w zależności od usytuowania na roślinie. Dolne są jajowate, ale na wierzchołku tępe, a górne zaostrzone. Zawsze wyrastają na łodydze parami nakrzyżlegle, a ogonki liściowe są czterokanciaste.
Bardzo charakterystycznym elementem są kwiaty trędownika. Niewielkie, dwuwargowe, zielonobrązowawe i beczułkowate. Kwitnie od czerwca do sierpnia.
Ale tak naprawdę żeby mieć pewność, że znaleźliśmy trędownik, wystarczy powąchać roztarty w palcach liść. Wydziela on silny i bardzo charakterystyczny zapach. Niektórzy uważają, że nieprzyjemny. Ja go bardzo lubię. Przypomina mi nieco podgrzany olej sezamowy.

Co takiego ma w sobie to ziółko, że tak dobrze działa na skórę?
Składnikami czynnymi są m.in. glikozydy iroidowe, flawonoidy (w tym diosmina i hesperydyna) oraz kwasy fenolowe. Substancje te sprawiają, że trędownika możemy używać zewnętrznie przy stanach zapalnych skóry i błon śluzowych oraz odparzeniach, oparzeniach słonecznych, stłuczeniach, siniakach i innych drobnych kontuzjach.

Jak to zrobić?
Możecie rozetrzeć świeże listki prosto na skórę, zrobić mocny napar trędownikowy i nim przemywać ugryzienia albo robić z niego okłady. Można też zakonserwować i wyekstrachować składniki czynne, robiąc z niego intrakt.
Potrzebujecie do tego jedną część trędownika i trzy części 40% alkoholu.
Rozdrobnione zioło zalewa się gorącym alkoholem i maceruje ok. 2 tygodni.

Ja natomiast po ostatnich wycieczkach w chaszcze wróciłam okrutnie pogryziona przez komarzyska. Na szczęście po drodze znalazłam też trędownik i już będąc w domu zrobiłam z niego emulsję z dodatkiem oleju tamanu (który wykazuje działanie kojące, gojące i przeciwświądowe) i z ulgą posmarowałam wszystkie swędzące zaczerwienienia.

Jeżeli chcecie taką emulsję zrobić ,musicie mocno rozdrobnić liście trędownika (np. w moździerzu lub przy pomocy blendera), następnie wycisnąć cały zielony sok. Do soku dodać kilka kropli oleju tamanu i porządnie wstrząsnąć, aż powstanie emulsja.
Taka emulsja nie jest trwała i wytrzyma w lodówce tylko kilka dni. Ale działa doskonale!