Opublikowano Dodaj komentarz

Miasto roślin

Czy przechadzając się czasem miejskimi ulicami, wędrując pomiędzy budynkami i przeskakując chodniki zastanawialiście się nad roślinami w mieście?
Ale nie tymi na klombach i balkonach, tylko nad tymi dzikimi wyzierającymi z każdej szczeliny chodnika, z załamań murów, wdrapującymi się po rynnach i cegłach albo zajmującymi każdy możliwy skrawek trawnika?
Przyjrzałeś się kiedyś dokładniej temu zielonemu królestwu?
Nie? A warto!
Bo miasto to tak naprawdę również miasto roślin, które zamieszkują głównie gatunki synantropijne czyli takie które przystosowały się do życia w środowisku przekształconym przez człowieka.

To mogą być gatunki rodzime albo, bardzo często, gatunki obcego pochodzenia.
Istnieje nawet pojęcie urbanofila, czyli rośliny której rozmieszczenie w mieście i okolicach skupia się w centrum miasta oraz roślin hermerofilowych (gr.hermeros=obłaskawienie, gr. philos =przyjaciel), czyli tych „zaprzyjaźnionych z człowiekiem”.

Czy wiecie że wiele z nich jest roślinami jadalnymi? Taki na przykład szarłat szorstki, koło którego zapewnie przechodzicie prawie codziennie, nie wiedząc nawet, jak bliskim jest krewnym amarantusa, którego czasem gotujecie na obiad.
Albo żółtlica, składnik jednej z klasycznych zup w Ameryce Południowej, której drobne kwiatki zwykle uchodzą uwadze przechodniów.
Dwurząd murowy na twoim trawniku przed blokiem… wiesz, że jego listki smakują i wyglądają jak rukola, którą kupujesz w supermarkecie?
Modna ostatnio portulaka sprzedawana na biobazarach… wiesz, gdzie jeszcze możesz ją zobaczyć? W szczelinach chodnika koło stacji metra:)


A parkowe drzewa?
Co jest w nich ciekawego?
W takim oliwniku odpornym na zasolenie bo w naturalnym środowisku rośnie w równie zasolonej ziemi?
W kasztanowcu, z którego owoców można zrobić mydło?
Albo topoli, której pączki mogą zastąpić aspirynę?

Miasto Roślin to fascynujące królestwo, które chcemy wam przybliżyć i pokazać jego piękno.
Cały lipiec będziemy dla was prowadziły spacery botaniczne, a pierwsze trzy z nich poświęcone będą właśnie miejskim parkom i roślinom synantropijnym oraz ruderalnym.

Lipcowe spacery botaniczne

Opublikowano Dodaj komentarz

Nasze spotkanie autorskie i przepisy na potrawy z menu degustacyjnego

Ci z was, którzy śledzą nasze strony, zapewne już wiedzą, że w kwietniu na rynek weszła nasza pierwsza książka – „Dzikie smaki, Kuchnia zwariowanego zbieracza roślin”.
Jesteśmy bardzo szczęśliwe, mogąc się z wami podzielić efektami naszej pracy i pomóc wam się zakochać w dzikich roślinach jadalnych.

Oczywiście jeśli książka, to i spotkania autorskie na których nie tylko można z nami porozmawiać i obejrzeć książkę z bliska, ale też spróbować naszej dzikiej kuchni:)

Na ostatnim spotkaniu zorganizowanym w naszej pracowni 19 czerwca menu bardzo przypadło wszystkim do gustu. Do tego stopnia, że obiecałyśmy nieco przybliżyć wam składniki i sposób przygotowania poszczególnych potraw.

A co zaserwowałyśmy?

Oto menu:

1. Minikanapeczki z dzikim hummusem i dzikimi kwiatami jadalnymi

2. Drożdżowe ślimaczki z chwastnym pesto

3. Owsiana krajanka z białą morwą i miodem lilakowym

4. Czekoladowo-pomarańczowe trufle z chagą w płatkach kwiatów

Brzmi dobrze?

No pewnie! A smakuje jeszcze lepiej, a dodatkowo jest bardzo proste do odtworzenia!

Przepisy:

Minikanapeczki z dzikim hummusem i jadalnymi kwiatami

Składniki:
ulubione pieczywo pokrojone na małe kwadraty, np. pumpernikiel albo chleb wieloziarnisty

na hummus: ugotowana ciecierzyca, czosnek, tahina, oliwa, dzikie zioła, takie jak bluszczyk kurdybanek, czosnaczek, nać dzikiej marchwi, nasiona pokrzywy, listki przymiotna białego, domowy ocet (w naszym przypadku – na szyszkach sosnowych i kwiatostanach czarnego bzu).

Dzikie kwiaty jadalne np. dzika marchew, kwiaty żmijowca, kwiaty szczypiorku, dwurzędu, krwawnika itp.

1. 2 szklanki ugotowanej na miękko ciecierzycy (powinna się leciutko rozpadać) miksujemy z dużą łyżką tahiny, dodaj oliwę (ok. 1/4 szklanki).
2. Drobniutko siekamy lub wyciskamy przez praskę 2-3 ząbki czosnku, dodaj do masy i zamieszaj.
3. Siekamy zioła, dodajemy do masy, kosztujemy hummus i doprawiamy solą, pieprzem, domowym octem lub sokiem z cytryny.
4. Chleb smarujemy hummusem (możemy też fantazyjnie powyciskać go szprycą cukierniczą do kremów), a na nim układamy świeże kwiaty jadalne. Zjadamy w ciągu kilku godzin.

Drożdżowe ślimaczki z chwastnym pesto

składniki:
na ciasto: 500 g mąki, łyżeczka świeżych drożdży, szklanka/półtorej mleka, 1/3 kostki masła, jedno jajko, pół łyżeczki cukru, pół łyżeczki soli

na pesto: trzy szklanki świeżych jadalnych chwastów, np.: szklanka liści podagrycznika, pół szklanki liści żółtlicy, pół szklanki liści dwurzędu, szklanka gwiazdnicy. Dodatkowo: pół pęczka natki pietruszki, kilka łyżek ziaren słonecznika, dwa ząbki czosnku, pół szklanki oleju, sól i pieprz do smaku

Przygotowanie:

1. Drożdże rozpuszczamy w kilku łyżkach mleka. Masło rozpuszczamy na małym ogniu w rondelku. Kiedy się rozpuści, dodajemy resztę mleka. Całość powinna być letnia, ale nie gorąca.

2. Do miski wsypujemy mąkę, cukier i sól. Mieszamy. Wbijamy masło, dodajemy mleko z masłem i mleko z drożdżami. Wyrabiamy gładkie i elastyczne ciasto. Zajmie to kilka minut. W razie potrzeby dolewamy jeszcze trochę mleka. Po wyrobieniu zostawiamy na godzinę do wyrośnięcia w ciepłe miejsce. Powinno podwoić objętość, wyraźnie pachnieć drożdżami i po uciśnięciu nie odkształcać się zbyt łatwo.

3. Robimy pesto. Do naczynia wrzucamy posiekane chwasty, natkę, ziarna słonecznika, olej, zmiażdżony czosnek i przyprawy. Wszystko miksujemy na jednolitą masę.

4. Kiedy ciasto wyrośnie, wyjmujemy je z miski i na posypanej mąką stolnicy rozwałkowujemy je na prostokąt o grubości ok. centymetra. Nakładamy na nie równomiernie pesto i zwijamy dłuższą stroną w roladę. Zaklejamy końce oraz miejsce szwu. Roladę kroimy na plastry o grubości ok. 2 cm i układamy je płasko obok siebie w wysmarowanej tłuszczem formie do pieczenia.
Zostawiamy na 15 minut do podrośnięcia. Smarujemy rozbełtanym jajkiem albo mlekiem.
Wstawiamy do piekarnika nagrzanego do 180 stopni (góra i dół) na mniej więcej 20 minut.
Powinny się ładnie zrumienić. Studzimy.

Czekoladowe trufle z chagą

Szklanka namoczonych nerkowców
Szklanka ugotowanej kaszy jaglanej
Do posłodzenia do wyboru: ¼ filiżanki rodzynek albo daktyli
4 spore łyżki karobu
3 łyżki masła kokosowego albo nierafinowego oleju kokosowego
łyżka zmielonej czagi (wysuszonego błyskoporka podkorowego)

1. Topimy czekoladę w kąpieli wodnej razem z tłuszczem kokosowym i do blendera z ostrzem w kształcie litery S wrzucamy wszystkie składniki. Blendujemy.
2. Masę wstawiamy na godzinę do lodówki.
3. Formujemy trufle i obtaczamy w płatkach migdałów, płatkach kwiatów, np. suszonym kwiecie czarnego bzu, kakao, płatkach chabra lub maku.
4. Odstawiamy na godzinę i zajadamy!

Owsiana krajanka z białą morwą i miodem lilakowym

na miód lilakowy: szklanka miodu, szklanka kwiatów lilaka ( w przepisie można miód lilakowy zastąpić oczywiście innym miodem)
Kwiaty lilaka zalewamy miodem i macerujemy 7 dni, miód zlewamy i przechowujemy w chłodnym miejscu do kilku miesięcy.

Na krajankę: trzy szklanki płatków owsianych, jajko, 2/3 szklanki suszonej białej morwy, ½ szklanki miodu, 5 łyżek mąki pszennej, 4-5 łyżek neutralnego w smaku oleju

Przygotowanie:

1. W misce mieszamy płatki owsiane ze zgrubsza posiekaną morwą i mąką.
Dodajemy jajko, olej oraz miód i dokładnie mieszamy. Ciasto powinno być wilgotne i lepiące.

2. Formę do pieczenia wykładamy papierem do pieczenia. Papier smarujemy olejem.
Na to wykładamy mieszankę, rozprowadzając ją na grubość ok. 2 cm. Wyrównujemy i dociskamy.

3. Pieczemy ok. 15 minut w temp.180 stopni Celsjusza aż do zrumienienia.

4. Krajankę wyjmujemy. Zostawiamy na kilka minut do przestygnięcia a następnie ostrożnie wyjmujemy z pomocą papieru do pieczenia z formy i jeszcze ciepłą kroimy w mniejsze kawałki. Zostawiamy do ostygnięcia.

Więcej propozycji na przepisy z dzikich roślin jadalnych oczywiście w naszej książce!

Można ją dostać w księgarniach internetowych, stacjonarnych oraz na stronie wydawnictwa:)

http://pascal.pl/dzikie-smaki–kuchnia-zwariowanego-zbieracza-roslin,10,6782.html

Zapraszamy też serdecznie na kolejne spotkania autorskie oraz spacery botaniczne i warsztaty!

Opublikowano 1 komentarz

Trzy sposoby na morwę

Morwa biała (Morus alba) to drzewo, do którego mam ogromny sentyment.
Mój dziadek, który zawsze miał wiele ciekawych pomysłów, pewnego razu oświadczył, że będzie hodować jedwabniki. A co jedzą jedwabniki? Liście morwy.
I w taki właśnie sposób moi dziadkowie zostali posiadaczami niezłego lasku morwowego.
Jedwabniki nigdy nie stały się rzeczywistością, ale lasek morwowy pozostał, obudowany drewnianym ogrodzeniem i przerobiony na wybieg dla kur, które przeżywały tam najlepsze dni swojego życia, mieszkając w ich cieniu jak w amazońskiej dżungli.
Dodatkowo drzewka morwy obficie owocowały, zwabiając rzesze ptaków i owadów oraz…głodne wnuczki;)
Wyruszałam więc co roku z miseczkami w łapkach i zbierałam białe i czarne owoce.
Czasem nawet udało mi się jakieś donieść do chaty!

No właśnie, białe i czarne…a przecież na początku pisałam tylko o morwie białej…pomyliłam się?
Otóż nie. W naszym klimacie zimy w przeżywa tylko morwa biała, która wbrew nazwie może mieć nie tylko białe, ale i ciemne owoce.
Prawdziwe morwy czarne (Morus nigra) owocują i rosną wyłącznie w ciepłych krajach. Nasze zimy są dla nich zdecydowanie za chłodne.

Ostatnio po warsztatach niespodziewanie znalazłyśmy przepięknie owocującą starą morwę o białych owocach i nie mogąc się powstrzymać, zebrałyśmy je, słodkie i dojrzałe, we wszystko, co się dało… Najpierw w nasze żołądki a potem siatki, pudełka, słoiki i butelki, które akurat znalazłyśmy w torbie i plecaku.
Dla mnie to był prawdziwy powrót do dzieciństwa!

A co możemy zrobić z owoców morwy oprócz zjedzenia ich prosto z drzewka?

Na przykład placuszki morwowe:)

Składniki:

1,5 szklanki mąki
2 szklanki mleka sojowego naturalnego
łyżeczka świeżych drożdży
płaska łyżka cukru trzcinowego
1/3 łyżeczki soli
jedno jajko (opcjonalnie)
olej do smażenia

1,5 szklanki owoców morwy
miód do podania

Przygotowanie:

1. W ½ szklanki mleka rozpuść dokładnie drożdże.

2. W misce wymieszaj mleko z drożdżami i jajko trzepaczką i powoli, ale energicznie wmieszaj mąkę, aż uzyskasz ciasto nieco gęstsze niż na naleśniki. Dodaj cukier i sól i jeszcze raz wymieszaj. Odstaw na godzinę w ciepłe miejsce. Ciasto powinno zwiększyć objętość, a na jego powierzchni powinny się pojawić pęcherzyki.

3. Na patelni rozgrzej olej. Niewielką cedzakową łyżką nakładaj porcje ciasta, formując okrągłe placuszki. Na każdy placuszek wysyp kilka owoców morwy.
Smaż na średnim ogniu, aż zauważysz, że spód się zrumienił i zaczynają się pojawiać dziurki.
Przerzuć placuszek ostrożnie na drugą stronę i smaż aż i ta strona stanie się rumiana.

4. Zdejmij z patelni, odsącz na papierowym ręczniku. Ułóż usmażone placuszki na talerzu i polej ulubionym miodem.

Nie lubisz morwy na słodko?
Może skusisz się na kanapkę z morwą i kozim serem?

Potrzebujesz do tego pajdy dobrego żytniego chleba, kilku łyżek pysznego twarożku koziego, kilku kropli oliwy, octu balsamicznego i oczywiście kilku owoców morwy.
Czarny świeżo zmielony pieprz w rozsądnej ilości też nie zaszkodzi całości.

Najlepsza przekąska na letni podwieczorek gotowa!

Życzę wam smacznego i uciekam zrobić mój ulubiony przysmak z morwy. Ten który dostawałam będąc dzieckiem od mojej babci kiedy spędzałam u niej wakacje.
Koktajl ze zmiksowanego zsiadłego mleka i morwowych owoców… ach, będzie pysznie!

Opublikowano Dodaj komentarz

Mniszkowe affogato

Affogato to klasyczny włoski deser, w którym zakochałam się dawno temu od pierwszego spróbowania.
Połączenie gorącego i esencjonalnego espresso z lodami waniliowymi jest wspaniałe.
Nie byłabym jednak sobą, gdybym przez lata nie eksperymentowała z klasyką, dodając jej mojego własnego, dzikiego twistu.

Najczęściej wracam do wersji, w której espresso zastępuję bardzo mocnym, wyrazistym wywarem z kawy mniszkowo-cykoriowej.
Obiecuję wam. To idealny deser na lato.
Dodaje sił, orzeźwia i uszczęśliwia!

Składniki:

4-5 łyżek kawy mniszkowo-cykoriowej*
2/3 szklanki wody
dwie gałki lodów waniliowych
garstka dowolnych orzechów

Przygotowanie:

1. Orzechy podprażamy na suchej patelni, aż zaczną intensywnie pachnieć i lekko się zrumienią. Studzimy.

2. Do rondelka wsypujemy kawę korzenną, zalewamy wodą i doprowadzamy do wrzenia na małym ogniu. Przykrywamy i gotujemy jeszcze kilka minut. Przecedzamy przez gęste sito.

3. Do pucharka/dużej filiżanki nakładamy lody, posypujemy orzechami i zalewamy ½ szklanki gorącej kawy korzennej.

Podajemy natychmiast. Zjadamy łyżeczką, a na koniec wypijamy to, co zostało w pucharku: napój powstały z kawy i rozpuszczonych lodów.

Niewiele jest lepszych deserów na gorące miesiące.

*Przepis na aromatyczną kawę mniszkową, a także inne dzikie kawy i herbaty (próbowaliście kiedyś kawy fiołkowej?) znajdziecie w naszej najnowszej książce!

Tak, wydałyśmy książkę🙂

Co w niej znajdziecie?
Mnóstwo przepisów z użyciem dzikich roślin jadalnych, które rosną w naszym kraju na łąkach, w lasach, nad rzeką, a nawet na trawnikach.
To nie jest kuchnia survivalowa. To kuchnia miejska i domowa, w której dzikie rośliny odnajdują się również idealnie:)
Sprawdźcie sami!
Nieważne, czy dopiero zaczynacie swoją przygodę w kuchni i na łące, czy jesteście smakoszami. Na pewno znajdziecie w niej coś, co was zainspiruje:)

Macie już naszą książkę? Dajcie nam znać, który przepis najbardziej lubicie.
Na fiołkową lemoniadę? Dziki piernik z jałowcem? A może dzikie sti fry?
Chcemy wiedzieć!

Opublikowano Dodaj komentarz

Trzy sposoby na miętę nadwodną (Mentha aquatica)

Jeżeli mieszkacie blisko rzeki albo jeziora, bardzo prawdopodobne, że spacerując, znajdziecie nad ich brzegami dziką miętę nadwodną.

Bardzo często jest zresztą stosowana w ogrodach do obsadzania oczek wodnych i stawików, ponieważ świetnie sobie radzi z wysokim poziomem wody i potrafi rosnąć nie tylko na podmokłych terenach, ale wręcz w wodzie.

Kiedy pierwszy raz ją zerwiecie, możecie być nieco zaskoczeni. Owszem, pachnie miętą, ale jej zapach jest jednak inny od tego znanego z gumy do żucia lub pasty do zębów. Bogatszy, cięższy, z nutą cytrusów i żywicy.

Może to być wyzwaniem albo inspiracją:)

Postanowiłyśmy wam trochę pomóc i podrzucamy trzy sposoby na to, jak poradzić sobie z przyniesionym do domu zielonym pęczkiem.

Sposób pierwszy: ANGIELSKI SOS MIĘTOWY

składniki:

pęczek mięty

kilka łyżek octu ( w naszym przypadku pasteryzowanego, domowego octu bananowego)

dwie łyżki cukru trzcinowego

łyżka soku z limonki

przygotowanie:

1. Miętę dokładnie umyj pod strumieniem bieżącej wody. Oderwij listki (łodyżek nie wyrzucaj, jeszcze nam się przydadzą). Listki przenieś do wysokiego naczynia.

2. Dodaj do nich sok z limonki.

3. Ocet podgrzej z cukrem, mieszając, aż cukier się rozpuści. Gorący (koniecznie) dodaj do listków i soku.

Zmiksuj na gładki sos. Przełóż do wyparzonego słoiczka i przechowuj w lodówce ok. tygodnia. Możesz też zapasteryzować słoiczek.

Drugi sposób: LEMONIADA MIĘTOWA

składniki:

1,5 l gazowanej wody mineralnej

sok z jednej pomarańczy i jednej cytryny/limonki

kilka gałązek mięty (sparzonych krótko gorącą wodą)

przygotowanie:

1. Wodę przelej do dzbanka, dodaj sok z cytrusów oraz kilka plastrów owoców.

2. Miętę dokładnie umyj , lekko posiekaj albo zgnieć w dłoniach i dodaj do wody z sokiem. Możesz dorzucić kostki lodu. Wymieszaj.

 

Sposób trzeci: AROMATYZOWANY OCET/ SHRUB Z CYTRUSÓW, MIĘTY I DOMOWEGO OCTU

składniki:

500 ml domowego pasteryzowanego (!) octu

jedna cytryna albo limonka ( ważne, żeby była niepryskana, bo użyjemy też skórki)

łodyżki z mięty, które zostały nam z innych dań

przygotowanie:

1. Do wyparzonego słoja lub butelki wciskamy sok z cytryny lub limonki. Wrzucamy też ok. jednej-dwóch łyżeczek startej skórki (bez białej części/albedo) oraz posiekane łodyżki mięty.

2. Ocet podgrzewamy, ale nie doprowadzamy do wrzenia. Gorącym octem zalewamy składniki w butelce. Macerujemy 7-10 dni, codziennie mieszając. Po tym czasie odcedzamy. Uzyskaliśmy aromatyzowany ocet.

Możemy do niego dodać cukier, tak jak robimy syrop i uzyskamy w ten sposób ciekawy shrub, który może być dodatkiem do drinków lub letnich lemoniad/ mrożonych herbat itp.

Uwaga!

Może zwróciliście uwagę, że we wszystkich przepisach zwracamy szczególną uwagę na dokładne mycie/sparzenie lub zalewanie gorącym płynem mięty nadwodnej.

Ma to związek z profilaktyką zakażeń motylicą wątrobową (fascjoloza), pasożytem, którego larwy mogą występować na podmokłych terenach. Dlatego pamiętajmy, żeby rośliny zebrane z takich terenów zawsze dokładnie myć pod czystą, bieżącą wodą albo sparzyć gorącą wodą przed spożyciem.

Opublikowano Dodaj komentarz

Dzikie chinkali z serem, bluszczykiem kurdybankiem i miętą nadwodną

Mam słabość do wszelkiego rodzaju pierogów i klusek. W moim domu nie ma bezglutenowców, a gdyby byli, byłoby im bardzo ciężko, albowiem jestem osobą wielbiącą mąkę. Pszenną i żytnią, białą, pełnoziarnistą albo razową.

I kiedy przychodzi dzień, w którym nic mi nie wychodzi, w którym wszystko jest na opak, a rzeczywistość nie chce współpracować, wyjmuję słój z mąką i oddaję się medytacji zarabiania, ugniatania, wałkowania i lepienia.

Niezmiernie rozczulają mnie wszystkie falbanki i fałdki pierogowe, a sama czynność kształtowania ciasta wokół farszu uspokaja nie tylko moje rozedrgane ręce, ale i rozgorączkowany umysł. Słowem, dobrze mi to robi na głowę 🙂

Nic więc dziwnego, że zachwyciłam się sakiewkami chinkali od pierwszego wejrzenia.

Te sakiewki rodem z Gruzji najpopularniejsze są w wersji mięsnej, ale występują też np. w wersji serowej i grzybowej.

Dzisiaj chcę wam zaproponować wersję wegetariańską z serem twarogowym i dodatkiem dzikich, swojskich ziół: bluszczyku kurdybanku (Glechoma hederacea) i dzikiej mięty nadwodnej (Mentha aquatica).

Nie obawiajcie się, że lepienie kształtnych sakiewek jest ponad wasze siły. To łatwiejsze, niż się wydaje. Zaręczam, że po kilku pierwszych próbach będzie wam to już szło całkiem sprawnie:.

W necie jest wiele filmików instruktażowych, jak to robić np. tu: https://www.youtube.com/watch?v=NP0VyXX2SsY albo tu: https://www.youtube.com/watch?v=Mh2XK-_U_Zw

A więc do dzieła!

Składniki:

na ciasto:

300 g mąki pszennej

pół łyżeczki soli

ciepła woda (jej ilość będzie różna w zależności od tego, jaką mąkę akurat macie na stanie)

Farsz:

200 g tłustego sera twarogowego

50 g masła

2 łyżki kwaśnej śmietany

dwie spore posiekane szalotki

dwie łyżki posiekanego bluszczyku kurdybanku

łyżka posiekanej dzikiej mięty (u mnie mięta nadwodna)

sól i czarny pieprz do smaku

Przygotowanie:

1. Do miski wsypujemy mąkę. Mieszamy z solą.

Stopniowo dolewamy porcjami ciepłą wodę, zagniatając elastyczne ale dość zwięzłe ciasto. Wyrabiamy je kilka minut, aż będzie gładkie, rozciągliwe i lśniące. Zostawiamy na 10-15 minut pod przykryciem, aby odpoczęło. W tym czasie możemy zrobić farsz.

2. Na patelni rozpuszczamy masło i podsmażamy na nim szalotkę, aż się zeszkli albo nawet delikatnie zrumieni. Odstawiamy.

3. W misce kruszymy ser, dodajemy śmietanę, posiekane zioła oraz cebulkę z masłem. Mieszamy. Doprawiamy solą i świeżo mielonym czarnym pieprzem do smaku.

4. Ciasto cienko rozwałkowujemy i wycinamy kółka średnicy ok 8-10 cm.

Na środku układamy sporą łyżkę farszu, a następnie formujemy pofałdowaną ,zgrabną sakiewkę, pamiętając o ogonku, za który będziemy trzymać chinkali po ugotowaniu.

5. Gotowe pierożki gotujemy od wypłynięcia w posolonej wodzie ok. 7 minut. Ważne, aby woda nie gotowała się bardzo mocno, tylko lekko „ruszała”, tak żeby nie uszkodzić naszych sakiewek.

6. Gotowe chinkali jemy od razu. Możemy je posypać odrobiną czarnego pieprzu albo czerwonej słodkiej lub wędzonej papryki.

 

Opublikowano Dodaj komentarz

O magnolio!

W Warszawie na Przyrynku rośnie przepiękna – cała obsypana białymi kwiatami. Muranów porastają z kolei magnolie różowe i amarantowe. Ich duże, odurzająco pachnące kwiaty zwiastują nadejście naprawdę ciepłych dni. Już się cieszymy!

Drzewo to wywodzi się z Dalekiego Wschodu. Podczas gdy w naszej szerokości geograficznej było sadzone głównie ze względu na piękny pokrój i cudowne kwiaty, chociażby w Chinach magnolie były znanymi roślinami leczniczymi. Od zawsze używano jej kwiatów, jednak najwięcej dobra kryje się w magnoliowej korze i liściach. Substancje czynne – magnolol i honokiol – mają wyjątkowo duże spektrum działania. Wykazują one m.in. działanie przeciwbólowe, przeciwzapalne, uspokokajające i antyagregacyjne. Wyciągi z kory magnolii są także dobroczynne dla skóry – uelastyczniają ją, rozjaśniają przebarwienia i działają przeciwzmarszczkowo.

Z kory nielicznych i jakże urokliwych drzewek nie zamierzam obdzierać, ale nie mogłam sobie odmówić uszczknięcia kilku kwiatów. Część trafiła do domowego octu – efekt marynowania jest bardzo przyjemny. Marynowane płatki fajnie sprawdzają się np. jako dodatek do pokrojonej we wstążki marchewki posypanej czarnym sezamem. Taka kompozycja polana klasycznym winegretem z soku cytrynowego i zimno tłoczonego oleju jest nie tylko piękna, ale i pyszna.

Część została zalana solanką (w proporcji łyżka soli na litr wody) i doprawiona trawą cytrynową (dwa średnie kwiatymagnolii na jedną trawę). Kisiła się dwa dni na blacie i została przełożona do lodówki. Efekt? Całkiem smakowity.

Magnolia kiszona w trawą cytrynową

Trzecia część płatków została zgnieciona, zawinięta ciasno w płótno, a potem w woreczek foliowy na 48 godz. Proces ten nazywa się utlenianiem enzymatycznym i prowadzi do wydobycia wyjątkowych aromatów z kwiatów i liści. W podobny sposób „fermentuje się” np. herbaciane liście na czarną herbatę. Herbatka z magnoliowych płatków okazała się wyjątkowo udanym eksperymentem. Jest jeszcze lepsza z dodatkiem suszonych kwiatów wiśni piłkowanej. Ach te kolory! Polecamy!

herbatka z płatkó magnolii i kwiatów wiśni piłkowanej
Herbatka z fermentowanych płatków magnolii

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Jak zacząć jeść chwasty

Bardzo często na naszych warsztatach i spacerach botanicznych w pewnym momencie padają nieco nieśmiałe pytania. No dobrze, wiemy już (albo się dowiemy), które dzikie rośliny można zjeść, ale hmmm… tak jakby… eeee… no wiecie, jak to zrobić? Jak zacząć? Jak je wprowadzić do codziennego menu? To musi być strasznie skomplikowane prawda? Co mam właściwie zrobić z tym zielonym bukietem, który przyniosłem do domu?

Czasem okazuje się że wielu z was chciałoby zacząć częściej jeść dzikie rośliny jadalne, ale lęk przed tym że zrobią coś niesmacznego albo przygotują je źle, powstrzymuje je przed próbami.

Mamy dla was kilka prostych rad które ułatwią wam rozpoczęcie przygody z dzikim zielskiem w waszej kuchni:)

1. Zacznij od jednej czy dwóch dzikich roślin jadalnych, których jesteś pewien i które ci smakują, a następnie stopniowo wydłużaj listę gatunków.

Nikt nie powiedział że od razu musisz codziennie zbierać kosz pełen różnych gatunków i robić z nich cuda na kiju w swojej kuchni. Jeżeli spróbujesz jednej nowej roślinki na miesiąc w jakimś prostym daniu, to też będzie OK. Nie daj się wtłoczyć w wyśrubowane wzorce, które widzisz na przykład na niektórych grupach tematycznych. Za rok znowu będzie sezon na te same surowce. Zdążysz ich jeszcze spróbować. Daj sobie czas.

2. Na początku dodawaj dzikie rośliny do potraw, do których dodajesz podobnie smakującą zieleninę.

Zanim nabierzesz rozmachu, możesz np. podagrycznik dodać do dań do których dodajesz seler naciowy, bo warzywa te smakują podobnie. Pokrzywę – tam, gdzie dorzucasz szpinak, a czosnaczek do dań, które zazwyczaj doprawiasz czosnkiem. Przyjdzie czas, kiedy nabierzesz więcej śmiałości.

Czosnaczek

3. Łącz dzikie rośliny jadalne z warzywami i surowcami, które już znasz.

Jeżeli zwykle robisz sałatkę z rukoli, roszponki lub sałaty, niewielką część liści zastąp dzikimi chwastami jadalnymi. Do zupy z warzyw korzeniowych dorzuć korzeń pasternaku czy wiesiołka. Nie musisz przecież komponować całego dania tylko z tego, co zbierzesz na łące.

4. Nie bój się!

Jeżeli nie wyjdzie, to trudno. Nam też nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak to sobie wyobrażałyśmy, tworząc przepis. To nie koniec świata i nie majątek. Mała strata, a każde nieudane danie jest też nauką. Na przykład jak nie łączyć surowców.

Uwierz, zdarzało się, że nasze eksperymenty lądowały w kompostowniku.

Nie pozwól, żeby cię to zniechęciło.

5. Inspiruj się.

Zbieractwo i gotowanie z dzikich roślin jadalnych jest coraz popularniejsze. Istnieje już wiele grup tematycznych, blogów lub kont na instagramie (zarówno krajowych, jak i zagranicznych), które możesz obserwować i inspiracje, które tam znajdziesz, potraktować jak wskazówki, co ciekawego możesz zrobić z surowcem.

Poza tym na grupach zawsze znajdzie się ktoś, kto wam doradzi, jeżeli nie macie zupełnie na coś pomysłu. Uczmy się od siebie nawzajem.

6. Zaprzyjaźnij się z jadalnymi kwiatami.

Wiele roślin ma jadalne i szalenie dekoracyjne kwiaty ( oczywiście nie wszystkie, zawsze najpierw sprawdź), a więc są wdzięcznym dodatkiem do potraw jako element smakowo-dekoracyjny. Łatwiej też będzie przekonać innych członków rodziny do waszych chwastnych, kulinarnych szaleństw, jeżeli będą ozdobione takim jadalnym dodatkiem. Szczególnie dzieci lubią jeść kwiaty. Wiadomo, to przecież dieta wróżek i elfów!

7. Zbieraj dzikie owoce.

Dzikie rośliny jadalne to nie tylko trudne do rozpoznania liście, ale również wspaniałe i aromatyczne owoce. Rokitnik, mirabelka, czeremcha, dereń, płonka, jeżyny czy swojska żurawina błotna. Można z nich robić koktajle, desery albo kompoty… prawda, że proste?

8. A może… herbata?

Herbaty ziołowe to nie tylko mięta i rumianek. Nawet popularne chwasty mogą się stać pyszną herbatą. Ziele przetacznika? Liście czeremchy? Kwiaty forsycji? Dzikie oregano lub macierzanka? Możliwości jest naprawdę wiele!

9. Stolik w dzikiej restauracji.

A może pomyślicie o wybraniu się na praktyczne warsztaty albo do miejsca, które serwuje już gotowe dania z dodatkiem dzikich roślin jadalnych?

Smakując gotowe dania (zrobione przez kogoś albo własnoręcznie na warsztatach), można w łatwy i przyjemny sposób poszerzyć swoją paletę smaków, odkryć połączenia, na które byście nie wpadli samemu, i uwolnić kulinarną wyobraźnię.

Warto!

10. Spotykajcie się z innymi zakręconymi zbieraczami.

Wspólne zbieranie, a potem gotowanie jest nie tylko prostsze ale sto razy przyjemniejsze. Twórzcie sieć kontaktów, umawiajcie się na wspólne wycieczki, spacery, posiadówy i pikniki. Sezon się zaczął. Nie mawymówek! Razem łatwiej się zmotywować.

Udanego sezonu!

A jeżeli wolicie jednak konkretne przepisy krok po kroku, zapraszamy do lektury naszej nowej książki 🙂

Znajdziecie w niej mnóstwo inspiracji na wiele różnych dań. Od przystawek, przez zupy, po desery.

 

Jeśli ktoś chciałby zakupić naszą książkę ze zniżką i (na życzenie 😉 autografem, zapraszamy na kiermasz do naszej pracowni Cztery Razy Trzy przy ul. Litewskiej 12 w Warszawie 29.04 od godz. 11 do 19.

Opublikowano Dodaj komentarz

PIEL I ZJADAJ! Czyli co zbierać wiosną z ogródka i nie tylko, cz. 1

 

Siedzę na werandzie w pierwszych promieniach wiosennego słońca i patrzę na w większości szary jeszcze ogródek.

Szary i nieużyteczny dla niewprawnego oka, ale nie dla chwastożerców! Bo oto zaczyna się moment, kiedy wszystkie chwasty poczuły wiosnę i w ciągu kilku dni wybiją z prędkością światła i zajmą niezarośnięte jeszcze przez warzywa i ogrodowe kwiaty, grządki, alejki i skalniaki.

Na razie ciesze się jeszcze chwilką bezruchu, siedząc z ziołową herbatą, z kocykiem zarzuconym na plecy, słuchając rozochoconego szczebiotu ptaków… ale w głowie już składają się nowe receptury i przepisy z tego, co zaraz trzeba będzie wypielić.

Zdradzę wam tajemnicę. O wiele przyjemniej i z większą ochotą pieli się ogródek, kiedy młodziutkie, wiosenne chwasty potraktujesz jak nowalijki i zrobisz z nich sałatki, koktajle lub dorzucisz do zup.

No ale co konkretnie mamy zjadać zapytacie? Już wam mówię.

Zapraszam do pierwszej części wiosennego poradnika zbieracza:

1. Podagrycznik pospolity ( Aegopodium podagraria L. )

Rodzimy gatunek z rodziny selerowatych, a więc tej, do której należą i jedne z najsmaczniejszych, i jedne z najbardziej trujących roślin naszej flory. Na szczęście dość łatwy do rozpoznania.

Chociaż dobrze wiem, że z powodu swojej wielkiej oporności i zdolności do odrastania z najmniejszego kawałeczka kłącza budzi w ogrodnikach wiele negatywnych emocji.

Mam dla was dobrą wiadomość! Możecie powyżywać się na młodych listkach podagrycznika, wyrwać je do cna, a potem wsadzić do gara;) Ale zanim zaczniecie upewnijcie się że dobrze rozpoznaliście podagrycznik.

Młode listki wyrastające z ziemi i te na dole łodygi są charakterystyczne podwójnie trójlistkowe, co oznacza że jeden duży liść tworzą dwa trójdzielne (podzielone na trzy) listki po bokach i jeden , również trójdzielny u szczytu. Są delikatnie piłkowane i co ważne ogonki liściowe zawsze są gładkie. Po obejrzeniu kilku zdjęć albo spacerze z kimś doświadczonym na pewno nie będziecie już mieli trudności w ich oznaczeniu.

A warto się tego nauczyć. Podagrycznik jest jedną z tych roślin, której spożycie wzrastało w czasach głodu, a w średniowieczu podobno nawet sprzedawano go na targach.

Jadalne są młode i trochę starsze liście, ale używać można również kwiatów i charakterystycznych w smaku nasion. Jednak wiosna zobowiązuje i dzisiaj skupimy się na jasnozielonych liściach.

Co z nich zrobić?

Dodajcie je posiekane do wiosennych sałatek. Nadadzą im lekko selerowy smak. Dodajcie do wiosennych zup albo… zakiście! Tak , tak, barszcz z kiszonych liści podagrycznika jest jedną ze smaczniejszych chwastnych zup. Młode liście możecie dodawać też do chwastnego pesto albo używać jako dodatek do past z roślin strączkowych.

Uwagi:

1. Czasami możecie spotkać się z odmianą o liściach biało-pstrych. Wszystko w porządku! Ona też jest jadalna.

2. Pamiętajcie, że podagrycznik też (jak wiele roślin z rodziny selerowatych) zawiera furanokumaryny , a więc substancje, które mogą wywoływać fotodermatozy. Zachowajmy więc ostrożność w przetrzebianiu zarośli młodego podagrycznika w ciepłe i bardzo słoneczne dni. Róbmy to w rękawiczkach i z długim rękawem, najlepiej rano lub wieczorem. Wysypki po furanokumarynach są nieprzyjemne i nasilają się pod wpływem światła słonecznego.

2. Przytulia czepna (Galium aparine L.)

Ach! Wczesna wiosna to najlepsza pora ze wszystkich na zbiór tej przytulii.

Młode roślinki nie mają jeszcze wykształconych ostrych igiełek krzemionkowych na brzegach listków, którymi czepiają się ubrań i sierści zwierząt (stąd drugi człon nazwy gatunkowej) i można je podjadać po prostu w sałatkach lub miksować w koktajlach, nie bojąc się że podrapią nam gardło lub skórę (potem trzeba już ją dokładnie miksować, dusić albo wyciskać z niej sok).

Mają delikatny, świeży aromat świetnie komponujący się z ogórkiem czy rzodkiewką albo z domowym jogurtem.

Bardzo łatwo ją rozpoznać, bo oprócz tego, że jest nieco szorstka w dotyku, to jej listki wyrastają w okółkach po 6-10 naokoło łodygi, a sama roślina płoży się lub wspina po podporach, które napotka.

Warto ją dorzucić do wiosennego menu, bo odtruwa i pobudza przemianę materii.

3. Ziarnopłon wiosenny ( Ficaria verna Huds. )

Roślina dostępna tylko wiosną! Co więcej, kulinarnie jeszcze krócej, ponieważ zbieramy jej listki do jedzenia tylko i wyłącznie przed kwitnieniem. Zawiera protoanemoninę, anemoninę i ranunkulinę, których stężenia w całej roślinie w czasie kwitnienia i po nim znacznie wzrastają i czynią ją już wtedy trującą. W tym czasie interesować się nią będą już tylko wytrawni fitoterapeuci. My zapamiętajmy, żeby zrywać jej smaczne, bogate w witaminę C i jeszcze całkiem bezpieczne listki przed pojawieniem się kwiatów.

Po przekwitnięciu szybko zamiera i znika aż do następnej wiosny. Listki mają okrągło-sercowaty kształt, a blaszka liściowa jest gładka i błyszcząca.

A co zrobić z zebranymi listkami? Dodawajcie je do sałatek, surówek, kładźcie na kanapki (szczególnie dobrze komponuje się z żółtym serem lub twardym kozim) albo do wiosennego farszu naleśnikowego razem z innymi chwastami.

4. Rzeżucha włochata (Cardamine hirsuta L.) oraz jej mieszańce z innymi rzeżuchami.

To jedna z najmniejszych rzeżuszek w naszych ogrodach. Często cała roślinka razem z łodygą kwiatową i kwiatkiem ma ledwie 7 cm (chociaż zdarzają się egzemplarze do 30 cm). Dlatego zwykle znika nam z oczu już późną wiosną, kiedy to zarastają ją inne rośliny.

Teraz natomiast króluje na pustych jeszcze trawnikach i grządkach najpierw tworząc charakterystyczne, małe okółki z liści, z pośrodku których wyrasta niewielka łodyżka z małymi, niepozornymi białymi kwiatkami na końcach.

Tak, tak, już kwitnie. Jest jedną z najwcześniej kwitnących dzikich roślin jadalnych.

Cała roślinka, nawet z korzonkiem, jest jadalna i ma ostry, rzodkiewkowaty smak, który świetnie ożywia nie tylko sałatki, ale i np. farsz do jajek albo pasty jajeczne.

Można ją stosować posiekaną do posypywania sałatek albo zup zamiast hodowanej na ligninie pieprzycy siewnej.

Spróbujcie wymieszać z posiekanymi listkami świeży, biały twaróg. Rewelacja!

Jak widzicie, ogródek, trawnik i łąka oferuje nam już teraz wiele ciekawych surowców.

A więc rękawiczki w dłoń i pielimy a potem… omnomnomnom… zjadamy ze smakiem.

Opublikowano Dodaj komentarz

Czarny ocet

Pomysł na ten ocet narodził się kilka dobrych tygodni temu, kiedy za oknem było jeszcze całkiem szaro, zimno i ponuro.

Zamarzyła mi się letnia sałatka z ciemnym, aromatycznym octem balsamicznym.

A tu jak na złość… żadnego octu balsamicznego, żadnych pachnących słońcem pomidorów.

Nic to… postanowiłam poprawić sobie humor, nastawiając chociaż jakiś nowy ocet.

Ale nie byle jaki, tylko CZARNY OCET…

Chciałam, żeby chociaż trochę przypominał ocet balsamiczny i miał głęboki, mocny aromat. Udało się!

Po kilku miesiącach już mogę wam donieść – to jeden z najlepszych octów, jakie zrobiłyśmy. Z czego – zapytacie?

Jeszcze chwila cierpliwości:) Zaraz uchylę rąbka tajemnicy, ale najpierw napiszę słów kilka o tym, czym jest prawdziwy ocet balsamiczny.

Ocet balsamiczny to ocet powstający z zagęszczonego moszczu winnego określonych odmian białych lub czerwonych winogron. Jego produkcja trwa ok. 12 lat, w czasie których w procesie parowania i fermentacji moszcz zmniejsza swoją objętość o blisko 10% rocznie. Oznacza to, że aby wyprodukować litr octu balsamicznego, trzeba użyć ok. 145 kg surowych winogron!

W warunkach domowych trudno zabrać się do prawdziwej produkcji octu balsamicznego. Możemy jednak trochę oszukać rzeczywistość i zrobić gęstszy niż zwykle i bardziej esencjonalny ocet innym sposobem, np. używając resztek konfitur lub dżemów. A kwiecień jest idealnym momentem na czyszczenie szafek po zimowych zapasach.

Poza tym nie wiem, czy wiecie ale postanowiłyśmy, że kwiecień 2018 będzie FERMENTACYJNYM KWIETNIEM !

Może więc pierwszym fermentem, jaki zrobicie w ramach naszej akcji, będzie ten typ octu?

A teraz rozwiązanie zagadki!

Nasz czarny ocet powstał z resztek konfitury z czarnego bzu i aromatycznych strąków czarnego kardamonu. Jest więc podwójnie czarnym octem:)

Oto przepis:

1. Do wyparzonego słoika wrzucamy taką ilość konfitur lub dżemu żeby stanowiła 1/3-1/2 objętości słoika i dopełniamy letnią wodą, dokładnie mieszając. Zostawiamy ok. 2 cm wolnego miejsca, ponieważ octy na dżemach lubią sobie poszaleć i czasem ich fermentacja zachodzi naprawdę burzliwie.

2. Do gotowego nastawu dorzucamy 2-3 strączki czarnego kardamonu oraz – aby ułatwić fermentację – albo łyżeczkę innego żywego octu, albo kawałek matki octowej.

3. Przez pierwsze 2-3 tygodnie ocet codziennie mieszamy, a kiedy zakończy się etap burzliwej fermentacji (przestanie powstawać piana i bąbelki), zostawiamy jeszcze na 4-6 tygodni, aż nabierze octowego zapachu i kwaśnego smaku.

4. Gotowy ocet zlewamy, przecedzając go przez sitko do wyparzonych butelek z nakrętką.

Odstawiamy na tydzień. Po tym czasie delikatnie odkręcamy i sprawdzamy, czy fermentacja octowa naprawdę się skończyła. Jeżeli pod nakrętką zebrał się gaz i przy odkręcaniu usłyszymy charakterystyczne syknięcie, oznacza to, że jeszcze musimy pozwolić naszemu octowi chwilę popracować w słoiku ze ściereczką. Jeżeli nie, nasz ocet jest gotowy!

Matka octowa formująca się na czarnym occie

Czarny ocet z konfitury z czarnego bzu i czarnego kardamonu ma piękny, głęboki kolor, gęstszą niż tradycyjny konsystencję i wspaniały zapach owoców, bzu oraz lekko wędzonego, żywicznego, czarnego kardamonu. Poezja!

Charakterystyka składników:

OWOCE CZARNEGO BZU (Sambuci fructus)

Owoce czarnego bzu zawierają dużą ilość antocyjanów, flawonoidów, garbników i kwasów organicznych. Poza tym możemy też znaleźć w nich pektyny i cukry. To sprawia, że wyciągi z owoców czarnego bzu działają przeciwwirusowo, antybakteryjnie, immunostymulująco oraz antyoksydacyjnie, co oznacza że jego owoce mogą być stosowane wspomagająco w leczeniu grypy i przeziębień oraz w okresach zwiększonej zachorowalności na wszelkiego rodzaju infekcje. Pamiętajmy jednak, że oprócz wszystkich dobrych składników owoce czarnego bzu zawierają także sambunigrynę i prunazynę. To związki działające silnie drażniąco i toksycznie na nasz układ pokarmowy, dlatego nigdy (!) nie spożywajmy ich na surowo, jedynie po obróbce cieplnej, w czasie której te związki ulegają rozkładowi.

CZARNY KARDAMON (Amomum subulatum, Amomum costatum)

Czarny kardamon to nie to samo co powszechniej znany kardamon malabarski (zielony).

Wprawdzie jest to roślina należąca do tej samej rodziny imbirowatych (Zingiberaceae), ale to inny gatunek. Surowcem przyprawowym jest podłużna torebka nasienna wypełniona nasionami. W zapachu czarnego kardamonu przeważają nuty żywiczne, kamforowe, korzenne i lekko wędzone.