Opublikowano Dodaj komentarz

Jak zacząć jeść chwasty

Bardzo często na naszych warsztatach i spacerach botanicznych w pewnym momencie padają nieco nieśmiałe pytania. No dobrze, wiemy już (albo się dowiemy), które dzikie rośliny można zjeść, ale hmmm… tak jakby… eeee… no wiecie, jak to zrobić? Jak zacząć? Jak je wprowadzić do codziennego menu? To musi być strasznie skomplikowane prawda? Co mam właściwie zrobić z tym zielonym bukietem, który przyniosłem do domu?

Czasem okazuje się że wielu z was chciałoby zacząć częściej jeść dzikie rośliny jadalne, ale lęk przed tym że zrobią coś niesmacznego albo przygotują je źle, powstrzymuje je przed próbami.

Mamy dla was kilka prostych rad które ułatwią wam rozpoczęcie przygody z dzikim zielskiem w waszej kuchni:)

1. Zacznij od jednej czy dwóch dzikich roślin jadalnych, których jesteś pewien i które ci smakują, a następnie stopniowo wydłużaj listę gatunków.

Nikt nie powiedział że od razu musisz codziennie zbierać kosz pełen różnych gatunków i robić z nich cuda na kiju w swojej kuchni. Jeżeli spróbujesz jednej nowej roślinki na miesiąc w jakimś prostym daniu, to też będzie OK. Nie daj się wtłoczyć w wyśrubowane wzorce, które widzisz na przykład na niektórych grupach tematycznych. Za rok znowu będzie sezon na te same surowce. Zdążysz ich jeszcze spróbować. Daj sobie czas.

2. Na początku dodawaj dzikie rośliny do potraw, do których dodajesz podobnie smakującą zieleninę.

Zanim nabierzesz rozmachu, możesz np. podagrycznik dodać do dań do których dodajesz seler naciowy, bo warzywa te smakują podobnie. Pokrzywę – tam, gdzie dorzucasz szpinak, a czosnaczek do dań, które zazwyczaj doprawiasz czosnkiem. Przyjdzie czas, kiedy nabierzesz więcej śmiałości.

Czosnaczek

3. Łącz dzikie rośliny jadalne z warzywami i surowcami, które już znasz.

Jeżeli zwykle robisz sałatkę z rukoli, roszponki lub sałaty, niewielką część liści zastąp dzikimi chwastami jadalnymi. Do zupy z warzyw korzeniowych dorzuć korzeń pasternaku czy wiesiołka. Nie musisz przecież komponować całego dania tylko z tego, co zbierzesz na łące.

4. Nie bój się!

Jeżeli nie wyjdzie, to trudno. Nam też nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak to sobie wyobrażałyśmy, tworząc przepis. To nie koniec świata i nie majątek. Mała strata, a każde nieudane danie jest też nauką. Na przykład jak nie łączyć surowców.

Uwierz, zdarzało się, że nasze eksperymenty lądowały w kompostowniku.

Nie pozwól, żeby cię to zniechęciło.

5. Inspiruj się.

Zbieractwo i gotowanie z dzikich roślin jadalnych jest coraz popularniejsze. Istnieje już wiele grup tematycznych, blogów lub kont na instagramie (zarówno krajowych, jak i zagranicznych), które możesz obserwować i inspiracje, które tam znajdziesz, potraktować jak wskazówki, co ciekawego możesz zrobić z surowcem.

Poza tym na grupach zawsze znajdzie się ktoś, kto wam doradzi, jeżeli nie macie zupełnie na coś pomysłu. Uczmy się od siebie nawzajem.

6. Zaprzyjaźnij się z jadalnymi kwiatami.

Wiele roślin ma jadalne i szalenie dekoracyjne kwiaty ( oczywiście nie wszystkie, zawsze najpierw sprawdź), a więc są wdzięcznym dodatkiem do potraw jako element smakowo-dekoracyjny. Łatwiej też będzie przekonać innych członków rodziny do waszych chwastnych, kulinarnych szaleństw, jeżeli będą ozdobione takim jadalnym dodatkiem. Szczególnie dzieci lubią jeść kwiaty. Wiadomo, to przecież dieta wróżek i elfów!

7. Zbieraj dzikie owoce.

Dzikie rośliny jadalne to nie tylko trudne do rozpoznania liście, ale również wspaniałe i aromatyczne owoce. Rokitnik, mirabelka, czeremcha, dereń, płonka, jeżyny czy swojska żurawina błotna. Można z nich robić koktajle, desery albo kompoty… prawda, że proste?

8. A może… herbata?

Herbaty ziołowe to nie tylko mięta i rumianek. Nawet popularne chwasty mogą się stać pyszną herbatą. Ziele przetacznika? Liście czeremchy? Kwiaty forsycji? Dzikie oregano lub macierzanka? Możliwości jest naprawdę wiele!

9. Stolik w dzikiej restauracji.

A może pomyślicie o wybraniu się na praktyczne warsztaty albo do miejsca, które serwuje już gotowe dania z dodatkiem dzikich roślin jadalnych?

Smakując gotowe dania (zrobione przez kogoś albo własnoręcznie na warsztatach), można w łatwy i przyjemny sposób poszerzyć swoją paletę smaków, odkryć połączenia, na które byście nie wpadli samemu, i uwolnić kulinarną wyobraźnię.

Warto!

10. Spotykajcie się z innymi zakręconymi zbieraczami.

Wspólne zbieranie, a potem gotowanie jest nie tylko prostsze ale sto razy przyjemniejsze. Twórzcie sieć kontaktów, umawiajcie się na wspólne wycieczki, spacery, posiadówy i pikniki. Sezon się zaczął. Nie mawymówek! Razem łatwiej się zmotywować.

Udanego sezonu!

A jeżeli wolicie jednak konkretne przepisy krok po kroku, zapraszamy do lektury naszej nowej książki 🙂

Znajdziecie w niej mnóstwo inspiracji na wiele różnych dań. Od przystawek, przez zupy, po desery.

 

Jeśli ktoś chciałby zakupić naszą książkę ze zniżką i (na życzenie 😉 autografem, zapraszamy na kiermasz do naszej pracowni Cztery Razy Trzy przy ul. Litewskiej 12 w Warszawie 29.04 od godz. 11 do 19.

Opublikowano Dodaj komentarz

PIEL I ZJADAJ! Czyli co zbierać wiosną z ogródka i nie tylko, cz. 1

 

Siedzę na werandzie w pierwszych promieniach wiosennego słońca i patrzę na w większości szary jeszcze ogródek.

Szary i nieużyteczny dla niewprawnego oka, ale nie dla chwastożerców! Bo oto zaczyna się moment, kiedy wszystkie chwasty poczuły wiosnę i w ciągu kilku dni wybiją z prędkością światła i zajmą niezarośnięte jeszcze przez warzywa i ogrodowe kwiaty, grządki, alejki i skalniaki.

Na razie ciesze się jeszcze chwilką bezruchu, siedząc z ziołową herbatą, z kocykiem zarzuconym na plecy, słuchając rozochoconego szczebiotu ptaków… ale w głowie już składają się nowe receptury i przepisy z tego, co zaraz trzeba będzie wypielić.

Zdradzę wam tajemnicę. O wiele przyjemniej i z większą ochotą pieli się ogródek, kiedy młodziutkie, wiosenne chwasty potraktujesz jak nowalijki i zrobisz z nich sałatki, koktajle lub dorzucisz do zup.

No ale co konkretnie mamy zjadać zapytacie? Już wam mówię.

Zapraszam do pierwszej części wiosennego poradnika zbieracza:

1. Podagrycznik pospolity ( Aegopodium podagraria L. )

Rodzimy gatunek z rodziny selerowatych, a więc tej, do której należą i jedne z najsmaczniejszych, i jedne z najbardziej trujących roślin naszej flory. Na szczęście dość łatwy do rozpoznania.

Chociaż dobrze wiem, że z powodu swojej wielkiej oporności i zdolności do odrastania z najmniejszego kawałeczka kłącza budzi w ogrodnikach wiele negatywnych emocji.

Mam dla was dobrą wiadomość! Możecie powyżywać się na młodych listkach podagrycznika, wyrwać je do cna, a potem wsadzić do gara;) Ale zanim zaczniecie upewnijcie się że dobrze rozpoznaliście podagrycznik.

Młode listki wyrastające z ziemi i te na dole łodygi są charakterystyczne podwójnie trójlistkowe, co oznacza że jeden duży liść tworzą dwa trójdzielne (podzielone na trzy) listki po bokach i jeden , również trójdzielny u szczytu. Są delikatnie piłkowane i co ważne ogonki liściowe zawsze są gładkie. Po obejrzeniu kilku zdjęć albo spacerze z kimś doświadczonym na pewno nie będziecie już mieli trudności w ich oznaczeniu.

A warto się tego nauczyć. Podagrycznik jest jedną z tych roślin, której spożycie wzrastało w czasach głodu, a w średniowieczu podobno nawet sprzedawano go na targach.

Jadalne są młode i trochę starsze liście, ale używać można również kwiatów i charakterystycznych w smaku nasion. Jednak wiosna zobowiązuje i dzisiaj skupimy się na jasnozielonych liściach.

Co z nich zrobić?

Dodajcie je posiekane do wiosennych sałatek. Nadadzą im lekko selerowy smak. Dodajcie do wiosennych zup albo… zakiście! Tak , tak, barszcz z kiszonych liści podagrycznika jest jedną ze smaczniejszych chwastnych zup. Młode liście możecie dodawać też do chwastnego pesto albo używać jako dodatek do past z roślin strączkowych.

Uwagi:

1. Czasami możecie spotkać się z odmianą o liściach biało-pstrych. Wszystko w porządku! Ona też jest jadalna.

2. Pamiętajcie, że podagrycznik też (jak wiele roślin z rodziny selerowatych) zawiera furanokumaryny , a więc substancje, które mogą wywoływać fotodermatozy. Zachowajmy więc ostrożność w przetrzebianiu zarośli młodego podagrycznika w ciepłe i bardzo słoneczne dni. Róbmy to w rękawiczkach i z długim rękawem, najlepiej rano lub wieczorem. Wysypki po furanokumarynach są nieprzyjemne i nasilają się pod wpływem światła słonecznego.

2. Przytulia czepna (Galium aparine L.)

Ach! Wczesna wiosna to najlepsza pora ze wszystkich na zbiór tej przytulii.

Młode roślinki nie mają jeszcze wykształconych ostrych igiełek krzemionkowych na brzegach listków, którymi czepiają się ubrań i sierści zwierząt (stąd drugi człon nazwy gatunkowej) i można je podjadać po prostu w sałatkach lub miksować w koktajlach, nie bojąc się że podrapią nam gardło lub skórę (potem trzeba już ją dokładnie miksować, dusić albo wyciskać z niej sok).

Mają delikatny, świeży aromat świetnie komponujący się z ogórkiem czy rzodkiewką albo z domowym jogurtem.

Bardzo łatwo ją rozpoznać, bo oprócz tego, że jest nieco szorstka w dotyku, to jej listki wyrastają w okółkach po 6-10 naokoło łodygi, a sama roślina płoży się lub wspina po podporach, które napotka.

Warto ją dorzucić do wiosennego menu, bo odtruwa i pobudza przemianę materii.

3. Ziarnopłon wiosenny ( Ficaria verna Huds. )

Roślina dostępna tylko wiosną! Co więcej, kulinarnie jeszcze krócej, ponieważ zbieramy jej listki do jedzenia tylko i wyłącznie przed kwitnieniem. Zawiera protoanemoninę, anemoninę i ranunkulinę, których stężenia w całej roślinie w czasie kwitnienia i po nim znacznie wzrastają i czynią ją już wtedy trującą. W tym czasie interesować się nią będą już tylko wytrawni fitoterapeuci. My zapamiętajmy, żeby zrywać jej smaczne, bogate w witaminę C i jeszcze całkiem bezpieczne listki przed pojawieniem się kwiatów.

Po przekwitnięciu szybko zamiera i znika aż do następnej wiosny. Listki mają okrągło-sercowaty kształt, a blaszka liściowa jest gładka i błyszcząca.

A co zrobić z zebranymi listkami? Dodawajcie je do sałatek, surówek, kładźcie na kanapki (szczególnie dobrze komponuje się z żółtym serem lub twardym kozim) albo do wiosennego farszu naleśnikowego razem z innymi chwastami.

4. Rzeżucha włochata (Cardamine hirsuta L.) oraz jej mieszańce z innymi rzeżuchami.

To jedna z najmniejszych rzeżuszek w naszych ogrodach. Często cała roślinka razem z łodygą kwiatową i kwiatkiem ma ledwie 7 cm (chociaż zdarzają się egzemplarze do 30 cm). Dlatego zwykle znika nam z oczu już późną wiosną, kiedy to zarastają ją inne rośliny.

Teraz natomiast króluje na pustych jeszcze trawnikach i grządkach najpierw tworząc charakterystyczne, małe okółki z liści, z pośrodku których wyrasta niewielka łodyżka z małymi, niepozornymi białymi kwiatkami na końcach.

Tak, tak, już kwitnie. Jest jedną z najwcześniej kwitnących dzikich roślin jadalnych.

Cała roślinka, nawet z korzonkiem, jest jadalna i ma ostry, rzodkiewkowaty smak, który świetnie ożywia nie tylko sałatki, ale i np. farsz do jajek albo pasty jajeczne.

Można ją stosować posiekaną do posypywania sałatek albo zup zamiast hodowanej na ligninie pieprzycy siewnej.

Spróbujcie wymieszać z posiekanymi listkami świeży, biały twaróg. Rewelacja!

Jak widzicie, ogródek, trawnik i łąka oferuje nam już teraz wiele ciekawych surowców.

A więc rękawiczki w dłoń i pielimy a potem… omnomnomnom… zjadamy ze smakiem.

Opublikowano Dodaj komentarz

Share Week 2018 – kogo lubimy

Nigdy nie uczestniczyłyśmy w akcji Share Week, ale bardzo przyklaskujemy idei dzielenia się tym, co dobre, i promowania ludzi z prawdziwą pasją i tego, czym się zajmują.

Widzimy, jak trudno przychodzi po prostu dobre mówienie o innych, a jeżeli jeszcze ten ktoś robi coś w „twojej działce”, często trafiamy na prawdziwy opór.

Uważamy, że powinniśmy się dzielić, mówić, polecać i wspierać entuzjastów, rękodzielników, artystów i po prostu ciekawych ludzi, chociażby dlatego, że korzystają na tym wszyscy!

Tak więc w tym roku w ramach Share Week 2018 postanowiłyśmy pokazać wam tych, których my cenimy najbardziej. Tych, którzy inspirują nas.

Jako pierwszy blog przedstawiamy Pozytywnie Zakiszonych.

Tworzą go ludzie z wielkim entuzjazmem i wiedzą na temat fermentacji. Imponuje nam zarówno kreatywność w podejściu do tematu, jak i ogromna wiedza merytoryczna.

Krzysztof jest niezwykle miłym człowiekiem i nie zdarzyło się, żeby odesłał potrzebującą fermentującą duszę bez odpowiedzi na jakąś wątpliwość dotyczącą zawartości słoja czy butelki.

Dodatkowo ich wspaniałe kiszonki i inne fermenty można nabyć i spróbować ich regularnie na różnych typach imprez ekologicznych. Przyjdźcie kiedyś sami sprawdzić, bo rzędy kolorowych słojów mogą zachwycić! O smaku nie wspominając!

Następny jest blog naszej ziołowej przyjaciółki Małgosi z którą znamy się m.in. ze zlotów zielarskich: Ziołowa Wyspa

Małgosia zajmuje się ziołami, robi naturalne, przyjazne kosmetyki i inne ziołowe eliksiry, i robi to z miłością. Ta miłość do ziół przebija w każdym zdaniu jej wpisów i w każdym zdjęciu na blogu.

Małgosia napisała niedawno zielarską książkę, którą oczywiście mamy w naszej kolekcji, ale zachęcamy też was do zakupu ( http://ziolowawyspa.pl/moja-ksiazka/ ).

Polecamy także nastrojowe warsztaty Małgosi. Musicie kiedyś do niej wpaść i ukręcić sobie krem albo maść.

No dobrze, ale nie zajmujemy się jedynie ziołami i fermentacją.

Jedną z naszych ulubionych aktywności jest gotowanie i JEDZENIE 😀

A jeżeli chodzi o jedzenie, ślinka nam cieknie przy każdym wpisie autorki bloga Vegekolektyw.

Kochamy te małe słodkie wegekęski, ciasteczka, śniadania, wegańskie ajerkoniaki, a nawet… wegański bekon z papieru ryżowego!

Obie jesteśmy wegetariankami, a nie wegankami, ale baaardzo sympatyzujemy z taką kuchnią i bez ściemy mówimy wam: przepisy Vegekolektywu to prawdziwa petarda smaku.

Ale czy trzy blogi mogą wyczerpać temat?

Zdecydowanie nie!

Chciałybyśmy jeszcze polecić waszej uwadze blogi naszych przyjaciół, Kasi https://wmiejskiejkniei.wixsite.com/wmiejskiejkniei i Artura http://bushcraftwilson.blogspot.com/, które podczytujemy w wolnych chwilach. Nie jesteśmy dziewczynami środka lasu i gotowanie na kamieniach czy robienie strzał z krzemieni nie jest naszym codziennym zajęciem, ale wiele razy odwiedzałyśmy Kasię i Artura i zawsze jesteśmy pod wielkim wrażeniem ich umiejętności, a także zdolności do nauczania prymitywnych technik gotowania, rozpalania ognia itp.

Kasia i Artur wydali ostatnio dwie wspólne książki, które szczerze polecamy! (http://pascal.pl/kuchnia-survivalowa-bez-ekwipunku–gotowanie-w-terenie–czesc-1,48,6518.html ).

No dobrze, ale co z ludźmi, którzy blogów nie mają, a pałają entuzjazmem i mają olbrzymią wiedzę?

Nie możemy o nich zapomnieć.

Z tematów okołoprzyrodniczych i warszawskich szczerze polecamy facebookowy profil Naturalnie w Warszawie, który prowadzi człowiek o wielkiej przyrodniczej wiedzy i pasji, weterynarz piszący nie tylko o przypadkach weterynaryjnych, ale o wszystkim, co przyrodniczo w Warszawie piszczy. Warto czytać, bo z każdym wpisem przemyca ogrom ciekawostek.

No i jeszcze instagram. Mamy wielu swoich ulubieńców, ale dzisiaj przedstawimy wam dwa profile.

Znają go wszyscy zainteresowani fermentacjią – wielka osobowość kulinarnego świata. Ladies and gentlemen – Mr Pascal Baudar!

Pascal specjalizuje się w fermentacji z udziałem lokalnie występujących w jego okolicy ziół i roślin jadalnych. Wydał kilka fantastycznych książek. Z tego, co wiemy, jedna niedługo (nareszcie!) ukaże się również w języku polskim. To must have każdego dzikiego fermentatora! Jeżeli jeszcze nie obserwujecie jego profilu, koniecznie zacznijcie! Zapewniamy, że odkryjecie nowe światy i nie pożałujecie kliknięcia.

A czy pisałyśmy wam, że bardzo lubimy sztukę?

Oj tak! A jeżeli jeszcze jest to sztuka inspirowana światem roślin, który jest nam szczególnie bliski, nie ma wątpliwości, że pokochamy ją całym sercem.

Tak jak całym sercem ubóstwiamy fantastyczne, roślinne, nieco psychodelicznie i bajecznie kolorowe obrazy Ewy Goral. Jeżeli to nazwisko jeszcze się wam nie obiło o uszy, to marsz na instagram! ( https://www.instagram.com/prevka/).

Możemy się w nie wpatrywać godzinami i podziwiać, podziwiać, podziwiać <3

A przy okazji, wiecie że Ewa jest tak wspaniałomyślna, że jakiś czas temu zgodziła się zaprojektować nasze logo. Jesteśmy nim zachwycone każdego dnia.

No dobrze. To by było tym razem na tyle.

A wy? Macie swoje ulubione blogi? Profile?

Dajcie nam znać!

I donieście nam, czy podobają się wam nasze propozycje.

Dzielmy się dobrem i jakością!

Opublikowano Dodaj komentarz

Zakwas na kefirze wodnym i prosty chleb orkiszowy

Nie jestem specjalistką od chleba, nie mam stuletniego zakwasu w domu, a w mojej rodzinie nie było piekarzy. Generalnie biegło się zawsze rano po kajzerki czy inne paryskie do sklepu na dole i tyle. Zero filozofii, zero historii.

Kaja przynajmniej lubi cały ten okołochlebowy ceremoniał – ja nie. Ja lubię, żeby było szybko, żeby nie trzeba było przekładać, miesić, czekać, przekładać, wyrastać, kropić, modlić się, żeby nie opadł, znów coś tam. I po 48 godzinach mamy chleb, a teraz jeszcze trzeba czekać, aż ostygnie kolejne 12. Tak mija tydzień… To nie dla mnie! (Może kiedyś… Nie wykluczam).

Aż nadszedł w moim dorosłym życiu ten dzień, kiedy zakupiłam w jednym z warszawskich second handów zupełnie nowy, ometkowany garnek rzymski. Ta karczma Rzym się nazywa – podszepnął diabełek za lewym uchem. Tak oto zaczęłam piec chleby na zakwasie.

A dlaczego? Ano dlatego, że chleby w glinianych albo żeliwnych garnach – jak się okazało – piecze się nad wyraz łatwo i ba! – nie trzeba nawet nagrzewać wcześniej piekarnika. Jak zwykle do zrobienia mojego chleba używam zawsze robota kuchennego z ostrzem w kształcie litery S. Naprawdę – nie tego z hakiem do ciasta. Po prostu takiego nie mam. Nie mam też miejsca w domu na kolejny wielgarny sprzęt (ubolewam!), pracownia nie jest z gumy (ubolewam po raz kolejny!), więc korzystam z tego, co mam.

Do zrobienia chleba potrzebny nam będzie przefermentowany kefir wodny. A do niego z kolei będą nam potrzebne ziarna kefirowe (kefiru wodnego, nie grzybek tybetański – to zupełnie wegański przepis).

Oto podstawowy przepis:

  1. Ziarna kefirowe (0,5-1 szkl.) zalewamy w słoiku wodą, w której rozpuściliśmy uprzednio 5 łyżek cukru. Dodajemy kilka rodzynek (najlepiej niesiarkowanych). Zakręcamy słoik.
  2. Po 24-48 godz. zlewamy płyn przez sitko i powtarzamy procedurę z punktu pierwszego względem ziaren.
  3. Do płynu dodajemy owoce lub sok i zakręcamy butelkę – zazwyczaj po dobie płyn lekko gazuje, po dwóch gazuje już całkiem mocno, a po trzech lepiej wstawić go do lodówki. Zdarza się jednak, że tak z jakiegoś powodu nie robimy i nasz kefir wodny drugiej fermentacji buzuje jak szalony, jedzie na kilometr alkoholem i jest już po prostu przefermentowany. Ups? Ależ nie. Teraz się dopiero cieszymy, bo zaczynamy robić chleb!

Zakwas na przefermentowany kefirze wodnym 2F (drugiej fermentacji) wstawiam zawsze w 0,5-litrowym słoiku. Do 3/4 wlewam bąbęlkujący jak szalony kefir wodny i dopełniam mąką – w tym przypadku orkiszową (typ 2000 – cokolwiek to znaczy), chodzi o to, żeby uzyskać konstystencję zakwasową, czyli takiego lekkiego budyniu. (Mówiłam już, że nie jestem specem od chleba?).

Czekam dobę, a potem zaglądam do słoika… To żyje! I to jak – scoby kefirowe daje radę.

No i teraz zaczyna się zabawa z chlebem.

Składniki:

0,5 l zakwasu o konsystencji lekkiego budyniu
0,5 kg mąki orkiszowej pełnoziarnistej (typ 2000)
dwie łyżki dowolnego oleju
szklanka wody
szczypta soli

Do blendera z ostrzem w kształcie litery S wlej zakwas, wsyp mąkę, dolej olej. Włącz robot na wolne obroty (ale nie jedynka, tylko trójka-czwórka).

Przez otwór na górze stopniowo wlewaj wodę, aż chleb osiągnię dość zwartą, ale lekką konsystencję – to nie ma być kamień.

Garnek rzymski wyłóż papierem do pieczenia (można pominąć, jeśli się wie na sto procent, że chleb nie przywrze – być może w emaliowanych garnkach rzymskich jest taka szansa, w tych nieemaliowanych nie ma).

Wyłóż ciasto. Przykryj pokrywą i zostaw w ciepłym miejscu na 24 godz. Ciasto w tym czasie stanie się leciutkie i podwoi swoją objętość (albo nawet zdwuipółkrotni, ha!).

Nastaw piekarnik na 210 stopni C na termoobieg. Zmocz mocno pokrywę garnka rzymskiego i przykryj chleb. Do nienagrzanego piekarnika włóż garnek z chlebem. Piecz 60 minut.

Wyjmij chleb i pozostaw do ostygnięcia na 12 godz. Teraz już możesz go kroić i jeść. Jest naprawdę pyszny!

I dość prosty, prawda? 🙂

Opublikowano Dodaj komentarz

Trahana (trahanasoupa) z liśćmi wierzbówki kiprzycy

Trahana to rodzaj zacierek, na bazie których robi się zupę o tej samej nazwie.

Jest to potrawa popularna na całym Bliskim Wschodzie, w Grecji, Turcji i na Bałkanach chociaż w każdym regionie robi się ją nieco inaczej i nieco inaczej się nazywa. Na przykład turecka trahana jest fermentowaną odmianą na bazie mąki, jogurtu i aromatycznych warzyw, ale to zupełnie inna historia, o której opowiemy sobie w następnych postach.

Grecką trahanę robi się na bazie łamanej kaszy pszennej (bulgur, kuskus) i mleka (wersja słodka) lub jogurtu (wersja kwaśna), także koziego lub owczego. Jest popularna w całej Grecji , szczególnie na północy, w górach Epiru. Składniki miesza się dokładnie, a następnie suszy na słońcu. W tej chwili niewiele osób robi ją samą w domu. Można ją kupić w sklepach. My dostałyśmy ją prosto z Grecj.

Z takich suszonych trahanowych zacierek robi się szybką i pyszną zupę o tej samej nazwie.Nie byłybyśmy jednak sobą, gdybyśmy nie wprowadziły trochę roślinnej wariacji do naszej wersji tego dania. Prezentujemy więc wersję z listkami wierzbówki kiprzycy.

Pewnie większość z was, jeżeli w ogóle kojarzy kiprzycowe listki, to tylko z herbatką zwaną iwan czaj. A przecież młode, ładne liście mają ciekawy, delikatny smak . Jeżeli dodamy je do zupy, wyjdzie jej to na dobre. Zapraszamy do eksperymentów!

TRAHANOSOUPA Z LISTKAMI KIPRZYCY

Składniki:

szklanka „kwaśnych” zacierek trahana

2-3 łyżki masła

4 szklanki wody

pół szklanki mleka 3,2%

opakowanie fety (ok. 200 g)

pół szklanki ładnych listków wierzbówki

łyżeczka pieprzu ziołowego

pół łyżeczki mielonego kuminu

pół łyżeczki krokosza barwierskiego

Przygotowanie:

1. Do garnka o grubszym dnie wrzucamy masło i roztapiamy. Pozwalamy mu nieco zbrązowieć (nie powinno się spalić, ale nabrać jasnobrązowego koloru i orzechowego aromatu).

2. Listki wierzbówki bardzo drobno siekamy.

3. Do masła dodajemy 4 szklanki wody, kiprzycę i szklankę trahany. Gotujemy na małym ogniu, często mieszając (żeby trahana nie przywarła do dna garnka), aż zupa zgęstnieje, a zacierki będą miękkie. Zajmie to ok. 15 minut.

4. Dodajemy mleko, pokruszoną fetę i przyprawy. Mieszamy, aż wszystko się dobrze połączy, i gotujemy jeszcze kilka minut.

5. Można serwować z grzankami

Trahana z liśćmi wierzbówki kiprzycy

Zupa jest idealna na jesienną słotę, która już powoli się do nas zbliża. Zróbcie zapasy trahanowych zacierek!

Opublikowano Dodaj komentarz

Olejek do brody i wosk do wąsów

Ponieważ ostatnio większość przepisów na kosmetyki dotyczyła kosmetyków dla pań, dzisiaj prezentujemy dwa przepisy dla panów. Brodatych i wąsatych!

Oba bardzo proste i szybkie.

Poradzi sobie z nimi każdy pan i każda pani, która zapragnie obdarować przedstawiciela płci przeciwnej.

Olejek do brody

Składniki:

olejek arganowy 10 ml

olejek jojoba 30 ml

olejek rycynowy 40 ml

olejek migdałowy 20 ml

olejek tamanu (opcjonalnie, ma silny charakterystyczny zapach) 5 ml

kilka kropli rozmarynowego olejku eterycznego (lub innych wybranych olejków)

Przygotowanie:

Wszystkie olejki wlać do buteleczki i dokładnie wymieszać.

olejek do brody 1

Wosk do wąsów:

składniki: wosk pszczeli 150 g

olejek rycynowy 20 ml

olejek jojoba 50 ml

olejek migdałowy 15 ml

olejek tamanu (opcjonalnie) 5 ml

kilka kropli olejku geraniowego (lub innych wybranych olejków)

Przygotowanie:

1. Przygotowujemy kąpiel wodną: do garnuszka wlewamy trochę wody i podgrzewamy. Na to wkładamy drugi garnuszek (woda nie powinna dotykać dna, ma je ogrzewać para wodna).

2. Do drugiego garnuszka wlewamy oleje (bez olejku zapachowego) i wkładamy pokruszony wosk .

Podgrzewamy, mieszając, aż całość się rozpuść i przestanie być mętna. Zestawiamy z ognia.

3. Chwilę studzimy i dodajemy wybrany olejek eteryczny (kilka kropli), po czym rozlewamy do przygotowanych pojemniczków. Odstawiamy do zestalenia.

wosk do brody 1

Uwagi:

Oczywiście zapach dobieramy pod własny gust. Możemy dodać każdy olejek eteryczny, który nam się podoba i na który nie jesteśmy uczuleni.

Olej tamanu ma charakterystyczny mszysto-ziemny zapach, który nie każdemu pasuje. Można go pominąć.

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Tarta lawendowo-cytrynowa

Czy cytryna i lawenda to dobre połączenie? O tak! Nie tylko zapachowe ale i smakowe.

Pomysł na tę tartę powstał pewnego dnia naprawdę późną nocą, a następnego dnia rankiem stał się rzeczywistością. Pyszną rzeczywistością. Tak to już z nami jest. Jak coś nam wpadnie do głowy, musimy wypróbować jak najszybciej i już!

Tarta składa się z kruchego spodu, kremu cytrynowego z mascarpone i cukru lawendowego.

CUKIER LAWENDOWY

Aby zrobić cukier lawendowy kwiatki lawendy skrapiamy alkoholem, zostawiamy na kilka minut, a następnie ucieramy w moździerzu razem z cukrem.

KRUCHE CIASTO

Składniki:

pół kilo mąki tortowej

pół szklanki cukru

kostka masła pokrojona na kawałki (masło powinno być zimne)

Przygotowanie:

  1. Szybko zagniatamy zwięzłe ciasto, owijamy je folią i wkładamy na godzinę do lodówki (lub kilkanaście minut do zamrażalnika, jeżeli zależy nam na czasie).

2. Schłodzonym ciastem wylepiamy formę na tartę, formując trochę wyższy brzeg i nakłuwamy widelcem.

3. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni, aż się delikatnie zrumieni. Całkowicie studzimy.

KREM CYTRYNOWY

Składniki:

3 cytryny

cztery żółtka

pół szklanki cukru

łyżka mąki kukurydzianej

500 g serka mascarpone

Przygotowanie:

1. Z jednej cytryny ocieramy skórkę, z wszystkich trzech wyciskamy sok. Całość wkładamy do niedużego rondelka. Dodajemy cukier i żółtka. Wsypujemy mąkę kukurydzianą.

2. Na niedużym ogniu (a najlepiej w kąpieli wodnej) ubijamy trzepaczką wszystkie składniki, aż masa się podgrzeje, zwiększy objętość i zgęstnieje. Zdejmujemy z ognia i zostawiamy do ostygnięcia.

3. Kiedy masa całkowicie ostygnie dodajemy po łyżce do serka mascarpone, delikatnie mieszając (nie mikserem!)

Teraz zostaje nam tylko złożyć tartę.

Na kruchy spód wykładamy masę cytrynową. Posypujemy ją cukrem lawendowym. Na wierzch możemy zetrzeć nieco skórki cytrynowej dla lepszego efektu wizualnego i ułożyć kilka kwiatów lawendy. Tartę wkładamy na dwie-trzy godziny do lodówki.

 

tarta lawendowa

Opublikowano Dodaj komentarz

Maść jałowcowa i inne dobrodziejstwa z granatowych szyszkojagód

Jałowiec znamy głównie jako przyprawę do mięs, gulaszy czy bigosu. Ale czy zastanawialiście się kiedyś, dla jakich jego właściwości oprócz aromatu tak chętnie go dodawano?

Szyszkojagody jałowca wykazują silne działanie moczopędne, zwiększają wydzielanie soku żołądkowego, a zawarte w nim fitoncydy zapobiegają rozwojowi bakterii i drożdżaków. Działa też żółciopędnie, a więc wspomaga trawienie. Zewnętrznie natomiast olejek jałowcowy odkaża, miejscowo rozgrzewa i wykazuje działanie przeciwreumatyczne . Pomaga też przy nerwobólach.

Przy tych wszystkich zaletach trzeba pamiętać, że jałowiec działa dosyć silnie i nie podajemy go przy ciąży, laktacji, krwotokach macicznych, białkomoczu, problemach z nerkami i w przypadku zapalenia pęcherzyka żółciowego.

My dzisiaj proponujemy kilka zastosowań tych granatowych aromatycznych kuleczek.

Uwaga! Pamiętajmy, żeby jałowiec rozdrabniać tuż przed użyciem ponieważ substancje czynne szybko wietrzeją i surowiec staje się mało wartościowy.

I. Maść jałowcowa

Maść jałowcowa. Rozgrzewająca,przeciwbólowa, przeciwreumatyczna, dobrze działająca przy nerwobólach. Dodatek kory wierzby i piołunu działa odkażająco i przeciwzapalnie. Olej z dziurawca działa gojąco, przeciwzapalnie i przeciwbólowo.

Składniki:

szklanka oleju kokosowego,1/2 szklanki oleju z kwiatów dziurawca, cztery łyżki wosku pszczelego, 1/2 szklanki szyszkojagód jałowca,1/2 szklanki kory wierzby białej (rozdrobnionej), 1/2 szklanki piołunu (rozdrobnionego)

Przygotowanie:

1. Olej kokosowy rozgrzewamy w kąpieli wodnej na bardzo małym ogniu, dodajemy rozdrobnioną korę i piołun. Rozdrabniamy jałowiec i od razu dodajemy do oleju. Mieszamy i podgrzewamy na bardzo ogniu i pod przykryciem, godzinę. Odcedzamy.

2. Dodajemy olej dziurawcowy i wosk. Mieszamy, aż wszystkie składniki się połączą.

3. Rozlewamy do pojemniczków. Czekamy do stężenia. Zakręcamy.

II. Wino jałowcowe

Wino jałowcowe działa moczopędnie, oczyszczająco na układ moczowy, antyseptycznie (również zewnętrznie) i wzmacniająco.

Aby je przygotować, należy użyć 1 części jałowca na 5 części wina. Jagody rozdrabniamy tuż przed zalaniem winem. Zalewamy gorącym alkoholem. Wytrawiamy 14 dni. Filtrujemy. Używamy jeden mały kieliszek dziennie. Nie zwiększamy dawek!

III. Rozgrzewająca i odkażająca kąpiel jałowcowa

Kiedy wracamy przemarznięci do domu, mamy problem z zimnymi stopami albo nadmiernym poceniem się i grzybicą, możemy zafundować sobie jałowcową kąpiel do stóp.

Składniki: Garść szyszkojagód jałowca, pół szklanki soli, garść suszonego piołunu, tymianku lub szałwii. Można też zrobić wersję korzenną i do jałowca dodać zamiast ziół mielony kardamon, cynamon i imbir (po łyżeczce)

Przygotowanie: Do garnka wlewamy wodę, podgrzewamy, dodajemy świeżo rozdrobniony jałowiec i wybrane dodatki. Zagotowujemy i gotujemy kilka minut. Zdejmujemy z ognia, dodajemy sól. Mieszamy do rozpuszczenia. Gotową kapiel wlewamy do miski i czekamy, aż ostygnie na tyle, że damy radę zanurzyć w niej stopy. Czas trwania: 5-10 minut.

wino z jałowcem

Opublikowano Dodaj komentarz

Tonik do twarzy ciasteczkowy

Nasza skóra lubi lekko kwaśne pH (pomiędzy 5 a 6), lubi, kiedy dostarczamy jej witamin i minerałów, pragnie ukojenia i oczyszczenia. Tonik do twarzy likwidujący zaczerwienienia, zwężający pory, nawilżający skórę i działający antybakteryjnie? Właśnie taki udało nam się stworzyć.

Zima i przedwiośnie to czas dość ubogi w surowce. Ale są wspaniałe pączki. Jednymi z naszych ulubionych są pączki topolowe. Bogate m.in. w żywice, salicylany i saponiny. Działają przeciwzapalnie, przeciwłojotokowo. Kosmetyki z ekstraktami z pączków topoli będą doskonałe do cery trądzikowej i tłustej.

Do topolowych pączków dokładamy moc lata. Kwiaty czerwonej koniczyny, zasuszone w lipcu, wylądowały w sierpniowym occie jabłkowym. Powstał aromatyczny i bardzo smaczny macerat, który można wykorzystać do celów kulinarnych, ale można także go dodać do kosmetyków. No to siup do toniku!

Koniczynę ceni się w ziołolecznictwie za działanie estrogenne. To zbawienne działanie izoflawonów. Ekstrakty z koniczyny (stosowane wewnętrznie i zewnętrznie w formie naparów, maceratów octowych i wyciągów alkoholowych) będą leczyć np. trądzik androgenny, ale są też pomocne podczas problemów z obfitą menstruacją i w czasie przekwitania.

No i ocet jabłkowy – bogactwo witamin i minerałów, dzięki niemu też nasz tonik będzie miał prawidłowy, lekko kwaśny odczyn. Poza tym ocet będzie tu naturalnym konserwantem.

Jako dodatek proponujemy bogaty we flawonoidy, minerały, witaminy i antyoksydanty macerat glicerynowy na kwiatach jabłoni. Pachnący jak sam środek czerwca.

Tonik ciasteczkowy – jak go zrobić

Do moździerza wkładamy garść pączków topolowych (ok. 2 łyżek). Skrapiamy spirytusem i rozcieramy przez kilka minut. Odstawiamy na 15-20 min.

Do butelki 100 ml wlewamy ok. 30 ml octu jabłkowego (w naszym przypadku to macerat na kwiatach koniczyny).

Pączki zalewamy gorącą wodą, gotujemy 3 min i odstawiamy na mniej więcej 20 min.

Do butelki wlewamy odcedzony pączkowy napar. Dodajemy łyżeczkę glicerytu na kwiatach jabłoni. Zakręcamy butelkę, wstrząsamy. I już, można używać.

A teraz odkręć butelkę i powąchaj – mniam! Ciasteczka owsiane z jabłkami. Magia!

tonik ciasteczkowy

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Zimowa herbatka patykowa

Zimą trudno o cenne zielarskie surowce? I tak, i nie. Nie mamy kwiatów i liści. Nie ma zielonych pędów. Mamy za to gałązki drzew i krzewów – bogate choćby w garbniki, żywice, flawonoidy, salicylany i żywice. Wykorzystajmy ich moc w pysznej, rozgrzewającej herbatce, działającej antyprzeziębieniowo.

Herbata z gałązek brzozy, świerka i pędów malin

Gałązki brzozy: Działają moczopędnie,przeciwbólowo, przeciwprzeziębieniowo, napotnie i uspokajająco.

Gałązki świerka: Są źródłem witaminy C i żywic. Najlepiej zbierać je właśnie od grudnia do marca, kiedy mają ich najwięcej. Działają wykrztuśnie, rozkurczająco na mięśnie gładkie tchawicy i oskrzeli,napotnie i moczopędnie.

Pędy malin: Działają napotnie,przeciwgorączkowo i przeciwzapalnie.

Jak zrobić herbatkę? Trzeba zebrać równe części gałązek brzozy,świerka i malin, pociąć je na centymetrowe kawałki,zalać wodą, a następnie zagotować pod przykryciem. Kiedy całość się zagotuje, gotujemy je jeszcze na małym ogniu kilka minut i odcedzamy.

Uzyskaną herbatkę możemy posłodzić miodem.

Z gałązek i zimowych pączków możemy też przygotować wspaniałe kosmetyki. Zostańcie z nami! Wkrótce przepis na przeciwpajączkowy balsam do ciała.