Opublikowano Dodaj komentarz

Co to w ogóle jest!? Czyli dzikie żarcie

Dzika uczta z roślin znanych i mniej znanych.

W ramach festiwalu Warszawa w Kwiatach przygotowałyśmy wielką dziką ucztę pełną aromatów, kolorów i zapachów.

Zakasałyśmy więc rękawy i najpierw entuzjastycznie zabrałyśmy się do ustalania menu, a potem realizacji tego ambitnego projektu. Nie ukrywamy, sprawiło nam to wiele radości i satysfakcji.

A co podałyśmy?

Menu:

  1. Razowe minibułeczki z bylicą i płatkami nagietka
  2. Krakersy z kwiatami krwawnika
  3. Grissini w czterech smakach (z czarnuszką, kuminem, cząbrem i pachnotką)
  4. Pastę z fermentowanego słonecznika z kabaczkiem
  5. Pastę z czerwonej fasoli z lubczykiem
  6. F ermentowany hummus
  7. Miks kiszonych i marynowanych warzyw: pomidory, rzodkiewki, papryka, buraki, gorzki melon, okra, fioletowy kalafior, podagrycznik, mangold, młode łupinki groszku
  8. Chutneye: daktylowo-tamaryndowy, bananowy z imbirem, z czerwonej (fermentowany) i białej porzeczki, z zielonych pomidorów (fermentowany), z pomarańczy
  9. Pesto z dzikich chwastów i jadalnych ogrodowych liści (m.in. wiesiołek, jarmuż, szczaw)
  10. Rabarbar z cukrem geraniowym
  11. Ciasteczka owsiane z bakaliami i prażonymi nasionami konopi
  12. Czekoladowe trufle jaglane ze smorodinówką
  13. Do picia: kwas buraczany, fermentowane lemoniady (malinowa i jeżynowa) oraz wody kwiatowe aromatyzowane ziołami

Ponieważ w czasie degustacji dostawałyśmy wiele pytań dotyczących mniej znanych składników roślinnych, postanowiłyśmy przybliżyć je wam trochę na stronach naszego bloga.

Oto i one:

PACHNOTKA ZWYCZAJNA (Perilla frutescens )

Należy do rodziny jasnotowatych i pochodzi z Dalekiego Wschodu (Indie, Chiny, Japonia). W tej ostatniej znana jest pod nazwą shiso i stosowana jako przyprawa, jak również barwnik używany do farbowania umeboshi, czyli solonych moreli japońskich (czerwona odmiana). Charakteryzuje się silnym, ale przyjemnym aromatem. Olej z nasion pachnotki znajduje zastosowanie przy leczeniu alergii oraz w pielęgnacji wymagającej skóry, a w chińskiej medycynie jest znana jako tradycyjny lek przeciwko zatruciom spowodowanym przez ryby. U nas bywa rośliną pokojową. Można ją dostać w sklepach z żywnością azjatycką lub uprawiać samemu. Warto się z nią zaprzyjaźnić. Może się okazać ciekawym dodatkiem do wielu potraw.

GORZKI MELON, czyli PRZEPĘKLA OGÓRKOWATA (Momordica charantia)

Należy do rodziny dyniowatych i charakteryzuje się wyraźnym gorzkim smakiem. Jadalny zarówno na surowo, jak i po obróbce cieplnej (niedojrzale zielone owoce, młode liście i pędy). W języku hindi nazywany karela, jest szczególnie popularny w kuchni indyjskiej. My w naszym kręgu kulturowym nie jesteśmy przyzwyczajeni do smaku gorzkiego w potrawach i zwykle staramy się go unikać, ale warto spróbować się do niego trochę przekonać i włączyć do diety, bo oprócz wspomagania naszego układu pokarmowego i poprawy trawienia wspomaga m.in. leczenie cukrzycy. Można go kupić stacjonarnie w sklepach indyjskich lub przez internet w sklepach z egzotyczną żywnością.

OKRA, czyli PIŻMIAN JADALNY (ketmia jadalna) (Abelmschus esculentus )

Należy do rodziny ślazowatych. W wielu krajach uprawiany. Jego niedojrzałe owoce stosuje się jako popularne warzywo o charakterystycznej lekko śluzowatej konsystencji której można się pozbyć gotując kilka minut pokrojone strąki w wodzie z octem. W smaku przypomina nieco fasolkę szparagową. Nie tylko pięknie wyglada ale i zawiera wiele witamin i mikroelementów m.in. witaminę C i kwas foliowy. W dodatku jest niskokaloryczna. Szukajcie jej w sklepach z żywnością orientalną. Zdecydowanie warto!

MANGOLD, czyli BURAK LIŚCIOWY, BOĆWINA (Beta vulgaris subsp. vulgaris)

Należy do rodziny szarłatowatych i pochodzi z basenu Morza Śródziemnego. Popularne warzywo uprawiane dla dużych, smacznych liści. W smaku przypomina botwinkę, czyli młode listki naszego poczciwego buraka ćwikłowego. Można go jeść na surowo, kisić, dusić lub używać jako dodatek do zup. Zawiera kwas foliowy i żelazo oraz sporo błonnika. Warto więc się zastanowić nad jego uprawą i wprowadzeniem do diety. Szukajcie go w sezonie na targach i bazarkach.

TAMARYNDOWIEC INDYJSKI (Tamarindus indica)

Jedyny gatunek z rodzaju Tamarindus. Pochodzi ze wschodniej Afryki. Roślina o wielu zastosowaniach. U nas najbardziej znana i używana postać to pasta tamaryndowa, czyli miąższ z młodych owoców o wyraźnym kwaśnym smaku. Popularna w kuchni indyjskiej i latynoamerykańskiej, służy najczęściej do zakwaszania potraw i napojów. Zawiera błonnik i sporo witamin, poprawia perystaltykę jelit i pomaga walczyć z zaparciami. Odkryjmy go, a stanie się ciekawą alternatywą dla octu, soku z cytryny czy swojskiego rabarbaru.

Spore zaciekawienie wywołała też, będąca dodatkiem do trufli czekoladowych, SMORODINÓWKA. Okazała się nalewką się nie tak popularną, jak nam się wydawało 😉 Dlatego na koniec naszego krótkiego przeglądu pozwalamy sobie wstawić na nią przepis. Może skusicie się i zrobicie ją w przyszłym roku sami? 🙂

SMORODINÓWKA

Nazwa tej nalewki pochodzi z kresów wschodnich gdzie czarną porzeczkę nazywa się smorodiną. W jej skład wchodzą liście i dojrzałe owoce. Charakteryzuje się ciemnym kolorem i mocnym aromatem. Jest stosowana przy bólu gardła oraz problemach z trawieniem, ale rzecz jasna, można ją też popijać dla przyjemności, bogatego aromatu i ciekawego smaku.

Nalewkę robimy trzyetapowo. Najpierw nastawiamy listkówkę czyli macerat alkoholowy na młodych listkach czarnej porzeczki, potem nalewkę na owocach, a następnie mieszamy oba nastawy.

Na listkówkę potrzebujemy dwie szklanki listków czarnej porzeczki i litr dobrej jakości wódki. Macerujemy listki około dwóch tygodni, po czym zlewamy wódkę a listki zasypujemy szklanką cukru. Kiedy cukier się rozpuści, zlewamy syrop i łączymy z wódką, którą zlaliśmy wcześniej.

Kiedy dojrzeją czarne porzeczki, robimy drugi nastaw: dwa litry zmiażdżonych owoców (najlepiej bez szypułek) zalewamy litrem świeżego spirytusu (lub dla delikatniejszych podniebień litrem wódki) i odstawiamy na kilka tygodni, a najlepiej miesięcy. Przez pierwsze cztery tygodnie mieszamy, a potem odstawiamy w chłodne miejsce. Możemy dodać do niej ulubione przyprawy takie jak cynamon w lasce lub parę goździków. Gotową nalewkę zlewamy i filtrujemy, a pozostałą pulpę owocową zasypujemy 1,5 szklanki cukru. Czekamy, aż się rozpuści, i zlewamy syrop.

Syrop łączymy z nalewką z owoców i listkówką. Odstawiamy całość na minimum 3 miesiące, żeby dojrzała, a najlepiej na pół roku. Smorodinówka jest wspaniałą nalewką na zimne jesienne i zimowe wieczory.

smorodinówka

 

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Zrób z tego chutney!

Pomidory rozrosły się na działce, niepodwiązywane od tygodni zaczęły wyglądać jak rozrośnięte krzewy. Powędrowały w wiele łodyg, które pod ciężarem owoców zaczęły się uginać i ukorzeniać. Nie pozostało nic innego, jak wziąć się do roboty. Cięcie, gięcie, sekatory, nożyczki, mocne tyczki i sznurki poszły w ruch. Na niektórych odrostach bocznych już pojawiły się owoce. Co z nimi zrobić? Ależ oczywiście – chutney!

Chutney z zielonych pomidorów

ok. 0,5 kg zielonych pomidorów
dwa duże ząbki czosnku
jedno winne, kwaśne jabłko (może być papierówka)
dwie papryczki chili
płatki z dwóch kwiatków aksamitki (mogą być suszone)
kwiaty lebiodki
garść suszonej żurawiny albo rodzynek
przyprawy: łyżeczka czerwonego pieprzu, kawałek galangalu albo świeżego imbiru, pół łyżeczki ziaren kardamonu, pół łyżeczki białej gorczycy, dwa goździki, opcjonalnie – jeśli lubicie – szczypta anyżu
1/4 szklanki octu winnego (w naszym przypadku był to domowy ocet śliwkowy).

Przyprawy zmielić w młynku albo utłuc w moździeżu. Pomidory odszypułkować i pokroić. Wyciąć gniazdo nasienne z jabłka, pokroić. Posiekać czosnek i w drobne kawałki pokroić chili.
Przyprawy (poza świeżym imbirem) uprażyć lekko na patelni. Wrzucić do garnka z nieprzywierającym dnem. Dorzucić resztę składników, oprócz żurawiny (lub rodzynek). Smażyć, co kilka minut mieszając, ok. 30 min. Przełożyć całość do robota kuchennego z ostrzem w kształcie litery S i zmiksować. Jeśli nie macie takiego sprzętu, przetrzyjcie całość przez grube sito (w chutneyu powinny być większe kawałki) albo użyjcie blendera-żyrafy. Na koniec przełóżcie do garnka, dorzućcie żurawinę lub rodzynki, dolejcie ocet i duście razem ok. 10 min, cały czas mieszając. Przełóżcie do słoików. Chutney jest najlepszy po kilku dniach, kedy składniki się przegryzą. Zajadajcie z serem albo tofu, używajcie zamiast keczupu, smarujcie nim kanapki. Smacznego!

 

 

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Probiotyczne chłodniki – na upały

Kiedy z nieba leje się żar, nie mamy ochoty na długie stanie w kuchni nad parującym garnkiem albo gorącą patelnią. Ciepłe, zawiesiste zupy? Tłuste potrawy? Nie! Wybieramy chłodniki!

Chłodniki są popularne na całym świecie. Najbliższy nam jest chyba ten litewski, botwinkowy, Dawniej był gotowany z kopru, botwiny i rosołu z dodatkiem śmietany. Dzisiaj zwykle robi się go na kefirze lub jogurcie. A znacie tarator? Bułgarski chłodnik z ogórkiem i oliwą z dodatkiem orzechów włoskich? A hiszpańskie pomidorowe gazpacho? Wchodnią okroszkę?

Dlatego dzisiaj proponujemy wam pyszny, kremowy, probiotyczny chłodnik-ideał 😉

kiszony seler młoda nać2

CHŁODNIK Z KISZONYCH LIŚCI SELERA, KEFIRU I AWOKADO

Zacznijmy od selera. To idealna pora, żeby zakisić jego młode, delikatne, ale już aromatyczne liście. Nie wyrzucajcie ich. Opłuczcie je wodą, oberwijcie liście, a pozostawione łodyżki potnijcie na kawałki. Wsadźcie to wszystko do wyparzonego słoja i zalejcie solanką (jedna łyżka soli na litr wody) z dodatkiem kilku ząbków czosnku. Sprawdźcie, czy nic nie wystaje ponad płyn. Zakręćcie sparzoną zakrętką. Po kilku dniach selerowa nać zmieni kolor i smak. Zrobi się lekko kwaśna i pyszna, ale zachowa charakterystyczny selerowy zapach. To dobry moment, żeby zrobić nasz chłodnik!

Składniki: litr domowego kefiru, słoik (około 1,5 szklanki) kiszonych liści selera wraz z czosnkiem i częścią zalewy (1/2 szklanki solanki), pół sporego miękkiego awokado, pół zielonego obranego ogórka, pół pęczka kopru, kilka łyżek oliwy, sól i świeżo mielony czarny pieprz do smaku. Ewentualnie dodatkowy czosnek jeżeli ktoś lubi.

Przygotowanie:

1. Kiszone liście selera kroimy na mniejsze kawałki, ogórek w kostkę, a awokado na plasterki. Koperek siekamy.

2. Do garnka wlewamy kefir. Dodajemy kiszone liście selera, awokado, ogórek, koperek, oliwę. Wszystko miksujemy. Próbujemy i decydujemy czy dodać soli, trochę zalewy do smaku czy dodatkowego czosnku.

3. Gotowy chłodnik wstawiamy do lodówki. Serwujemy zimny, posypany koperkiem i świezo zmielonym pieprzem. Możemy polać każdą porcję odrobiną dobrej jakości oliwy.

Tak przygotowany chłodnik ma przyjemną kwaśną nutę za sprawą kiszonki i kefiru, aksamitną konsystencję za sprawą awokado i świeżość, której sprawcami są ogórek i koperek. Poza tym nie jest mdły bo nać selera ma wyraźny aromat. A żeby tego było mało zawiera żywe kultury bakterii pochodzących z kefiru i kiszonki więc wspomaga nasz układ trawienny i odporność. Same plusy!

Mówiłyśmy, że to ideał;)

Opublikowano Dodaj komentarz

Recykling łupinek groszku

Każdego roku nachodzi taki czas, kiedy z niecierpliwością wyczekujemy pierwszych truskawek, malin, młodych ziemniaków i… groszku. Młody, soczysty zielony groszek… Czy może być coś lepszego? Kupujemy całe torebki i jeszcze przed powrotem do domu ukradkiem łuskamy je na ulicy, w tramwaju i na przystankach, a łupinki… no tak, najczęściej wyrzucamy.

Stop! Łupinki zielonego groszku są tak samo jadalne jak strączki groszku cukrowego. Wprawdzie istnieje pewna trudność w postaci włóknistej wewnętrznej skórki strączka, ale nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy wam nie powiedziały, jak sobie z tym poradzić.

Można wycisnąć z łupinek sok i dodać go do koktajli, zup, chłodników. Można ugotować łupinki, zmiksować je i przetrzeć przez sito, żeby pozbyć się włókien. Ale najlepszym sposobem jest delikatne nadłamanie strączka tuż przy ogonku do wewnątrz i ściągnięcie jednym pewnym ruchem wewnętrznej pergaminowej warstewki. Wydaje się trudne i skomplikowane, ale tak nie jest. Nie zajmuje to też więcej czasu niż samo łuskanie 🙂 Już po chwili mamy całą miseczkę miękkich gotowych do jedzenia strączków.

Możemy wcinać je na surowo albo dodać je do makaronu soba.

SKŁADNIKI:

(na jedną porcję)

Porcja makaronu soba

Garść młodego zielonego groszku

Garść łupinek młodego zielonego groszku (bez włóknistej warstwy)

Spora łodyga młodego selera (można zastąpić 1/3 łodygi selera naciowego), pokrojona w plasterki

1/2 czerwonej papryczki chili bez pestek, posiekanej

Jedna spora szalotka posiekana w kostkę

1-2 ząbki czosnku, posiekane

Sól i olej do smażenia

Przygotowanie:

1. W małym garnku zagotowujemy wodę z solą. Jednocześnie na drugim palniku wstawiamy patelnię z odrobiną oleju.

2. Kiedy woda się zagotuje, wrzucamy do niej makaron. Na patelnię wrzucamy czosnek, szalotkę i chili. Chwilę podsmażamy, uważając, żeby nie przypalić czosnku (gorzknieje).

3. Po trzech minutach odcedzamy makaron. Na patelnię dorzucamy groszek, posiekaną łodygę selera i strączki. Podsmażamy około minuty (nie za długo).

4. Do warzyw dorzucamy makaron. Mieszamy. Solimy do smaku. Podajemy natychmiast.

Smacznego!

Grajmy w kuchni w zielone!

groszek1
Makaron soba z zielonym groszkiem

 

Opublikowano 1 komentarz

Piiiiić! Lemoniady, kwiatolady…

Miniony, bardzo upalny, weekend, upłynął nam w miłym gronie w Stawie Otwartym. Miałyśmy (bo przyszły same kobiety) cały dzień na eksperymenty botaniczne.

Zaczęłyśmy od klucza botanicznego, potem zrobiłyśmy zielniki, żeby przejść do części praktycznych – spaceru botanicznego, gotowania z dzikich roślin i opowieści o fermentach. Już planujemy kolejne warsztaty w Stawie, tym razem z kosmetykami w roli głównej 😉 Stay tuned!

warsztaty1
Rośliny zebrane do zielnika
warsztaty2
Rośliny zebrane do oznaczenia według klucza botanicznego

Jak to w dziki upał bywa, hitem warsztatowym okazały się lemoniady. Podajemy więc kilka przepisów, jak je zrobić.

Truskawkowy kefir wodny

Garść truskawek
Przegotowana woda – litr
Kilka niesiarkowanych bakalii
2-6 łyżek cukru
Ziarna kefiru wodnego (można je dostać u nas na warsztatach 😉

Kefir wodny to fermentowany napój uzyskiwany poprzez fermentację mlekową słodzonej wody, z dodatkiem kilku bakalii (rodzynki, figi, daktyle itp.) przez ziarna kefiru wodnego (SCOBY – symbiotyczna kolonia drożdży i bakterii połączonych dekstranem).

Około łyżki ziaren kefirowych zalewamy szklanką chłodnej lub letniej wody z rozpuszczonym cukrem. Dodajemy kilka bakalii. Zabezpieczamy gazą i gumką.
Po 24-48 godz. zlewamy napój przez sitko (najlepiej niemetalowe), a kryształy z rodzynkami wrzucamy ponowniej do naczynia i zalewamy posłodzoną wodą. Rodzynki wymieniamy raz na kilka dni. To pierwsza fermentacja. Zlany płyn można pić (ma lekko słodki smak) albo poddać drugiej fermentacji, dodając bakalii, soku owocowego albo owoców – w naszym przypadku będą to truskawki. Po 2-3 dniach uzyskamy musujący napój o owocowym smaku. Zakręcamy butelkę, żeby produkowany gaz nie uciekał i napój lekko musował.

Polecamy  przed drugą fermentacją zlać go do plastikowych butelek, których nie napełniamy do końca. Chodzi o bezpieczeństwo – napój mocno gazuje i butelka może eksplodować.

lemoniada truskawkowa
Lemoniada truskawkowa
kefir z rozmarynem
Lemoniada z czarnej porzeczki z rozmarynem

Innym sposobem na zrobienie lemoniad jest zaprzęgnięcie do pracy dzikich drożdży. Wykorzystajmy te bytujące na kwiatach czarnego bzu, wiązówki błotnej, płatkach róż, piwonii albo zielonych szyszkach świerkowych.

Lemoniada bzowo-różana

Litr przegotowanej albo źródlanej wody
Baldach kwiatów czarnego bzu
Garść płatków róż
Zielona szyszka świerkowa
Kilka niesiarkowanych rodzynek
Opcjonalnie – dwie łyżeczki cukru albo duża łyżka syropu z agawy lub klonowego

Wszystkie składniki, oprócz rodzynek, zalewamy wodą (można ją dosłodzić) i zostawiamy w zamkniętej butelce w ciepłym, ale nie gorącym, nagrzanym miejscu na dwa dni. Po tym czasie dorzucamy rodzynki. Kiedy wypłyną pod powierzchnię wody i nagazują, lemoniada jest gotowa. Taki napój będzie lekko gazować. Jeśli chcemy uzyskać mocniejszą fermentację, użyjmy plastikowej butelki (względy bezpieczeństwa, patrz: poprzedni przepis) i drożdży winiarskich lub cydrowych. Na litr wody dorzucamy ich bardzo niewiele – chodzi o maleńką szczyptę. Napój powinien gazować już po dwóch dniach. Jeśli chcemy spowolnić fermentację, butelkę wstawiamy do lodówki.

Takie lemoniady wspaniale ugaszą pragnienie w gorące dni. Lato w pełni, kwiatów i owoców zatrzęsienie. Miłego eksperymentowania ze smakami!

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Latający cyjanek

Wędrując po polach, łąkach i lasach w poszukiwaniu dzikich roślin jadalnych, nie zostajemy obojętne na piękno reszty przyrody. Bardzo często są to fascynujące spotkania. Ostatnim razem przeczesując łąki, spostrzegłam na niedalekim ostrożniu lśniące klejnoty. Kiedy podeszłam bliżej, wszystko stało się jasne. To były motyle z rodziny kraśnikowatych (Zygaenidae), prawdopodobnie lśniak szmaragdek (Adscita statices) . Wcale się moim nadejściem nie speszyły. Można powiedzieć, że wyglądały na szalenie zrelaksowane… Pomyślałam, że nic w tym dziwnego. Dlaczego?

Kraśnikowate to rodzina bardzo ciekawa. Wiele postaci dorosłych i gąsienic jest jaskrawo, kontrastowo ubarwionych. Wszystkie gatunki, i to na każdym etapie rozwoju, sa trujące. Ich ciało zawiera sporo glikozydów cyjanogennych, co czyni je jednymi z najbardziej trujących owadów w naszym kraju. 

kraśniki3 kraśniki1

Teraz już ich powolność, lenistwo i zrelaksowanie nie dziwią. Są tak niebezpieczne, że nie mają się czego bać.

A lśniak szmaragdek? To bardzo pospolity przedstawiciel rodziny. Dorosłe motyle żywią się nektarem i szczególnie lubią przysiadać na firletce poszarpanej (Lychnis flos-cuculi L.). Gąsienice upodobały sobie zaś szczawie (Rumex L.)

Opublikowano Dodaj komentarz

Rośliny miododajne

Ale że rośliny dają miód? No nie, to nie do końca tak. Rośliny mogą być źródłem nektaru albo pyłku – a więc dzielą się na nektarodajne i pyłkodajne. Resztę wykonują pszczoły. Bo to im przecież podkradamy miód. Należy je więc zachęcić do jego produkcji, obsadzając tereny wokół uli i nie tylko (bo zapylaczy potrzebujemy wszędzie!) roślinami, na których chętnie przysiądą. Robinia akacjowa i nawłoć? Owszem, pszczoły, a co za tym idzie – pszczelarze, bardzo je lubią. My mówimy stop! Bo to rośliny inwazyjne, niemające zbyt wielu naturalnych wrogów w naszej szerokości geograficznej, nie są to bowiem polskie rośliny rodzime. Posadzenie sobie robiniowego lasku albo obsianie łąki wysokim niecierpkiem himalajskim lub nawłocią będzie dobre tylko w krótkiej perspektywie. Widzieliście nawłociowe łąki? Widok zapierający dech w piersiach – żółto po horyzont. Cieszy oko? Być może, ale to monokultura, nic oprócz nawłoci tam nie rośnie (albo niewiele). Wielokwiatowa łąka i bioróżnorodność są tym, co powinniśmy wspierać. Także w przyrodzie bowiem wszelkie monopole nie wychodzą na dobre nikomu, również pszczołom.

To może lipy? Tak, bzyczące w miesiącach letnich drzewa są przewspaniałe, ale nie w miastach tuż przy chodnikach, gdzie zimą soli się drogi. To drzewa ogromnie wrażliwe na zasolenie, umierające przez sól drogową szybko i boleśnie. Dużo lepiej jako źródło pyłku sprawdzą się w takiej choćby Warszawie kwiaty bardzo odpornego na warunki miejskie oliwnika. A jak one pachną! Jeśli wokół rozsiejecie koniczynę białą, trędownik, czosnki, lebiodkę, maruny, chabry, facelie, żmijowce, farbowniki i komonice, owady zapylające nie posiądą się ze szczęścia.

O roślinach lubianych przez owady zapylające, z mnóstwem dygresji, opowiadałyśmy na spacerze zorganizowanym 19 czerwca 2016 r. przez warszawski oddział Greenpeace „Zbudujmy hotele dla pszczół singielek”.

image (4) image (5) image (6)

niecierpekróżastokrotki1bzygpszczołatrzmielżmijowiec

Opublikowano Dodaj komentarz

Barszcz z barszczu

Proszę pani! Proszę uważać! – przerwał mi rozmowę telefoniczną zaniepokojony pan. – Pani nazbierała parzącego barszczu! – Spokojnie, to tylko barszcz zwyczajny!

Na Mazowszu według naszych obserwacji dość trudno znaleźć barszcz Sosnowskiego lub Mantegazziego (nam się to nie przytrafiło), którego za to pełno nad polskim morzem i w górach. Bieszczady są porośnięte całymi łanami tej inwazyjnej rośliny, sprowadzonej w PRL-u jako składnik paszy dla trzody chlewnej i krów. Cóż, zwierzęta ponoć odmawiały jego jedzenia. Z barszczem zwyczajnym to zupełnie inna bajka. Jest przede wszystkim mniejszy i kształt liści też nie ten. No, tak, także można się nim poparzyć. Podobnie jak roślinami, których o parzenie w ogóle byśmy nie podejrzewali. No bo czy wrotycz, marchew, ruta, podagrycznik, arcydzięgiel mogą poparzyć? A, owszem. Wszystkie powyższe rośliny, z barszczem zwyczajnym na czele, zawierają fotouczulające furanokumaryny. Jeśli zbieramy te rośliny bez rękawiczek, w pełnym słońcu, możemy więc doznać poparzeń. Bez paniki. Po pierwsze, nie trzeba dokonywać zbiorów w pełnym słońcu, po drugie, zielarz zawsze ubezpieczony i rękawiczki w torbie ma. A jeśli nie ma, to marsz do sklepu 😉 A co zrobić z barszczu! Ano, barszcz!

Barszcz z kiszonego barszczu

  • Litrowy słoik
  • 6 dużych liści barszczu zwyczajnego, opcjonalnie: kilka baldachów barszczu zwyczajnego
  • Liść chrzanu
  • Czosnek (dwa młode malutkie czosnki albo cztery ząbki starszego czosnku; opcjonalnie: dziki szczypior)
  • Kilka ziarenek czarnego pieprzu
  • Łyżka soli
  • Litr wody
  • Opcjonalnie: koper, śmietana, w opcji wegańskiej – owsiana albo sojowa, jajko

Wyparz słoik wrzątkiem. Przyrządź solankę – rozpuść łyżkę soli w litrze wody. W słoiku upchaj liść chrzanu, pokrojone liście barszczu zwyczajnego, razem z kwiatostanami. Pomiędzy liśćmi upchnij czosnek, pieprz w ziarenkach, szczypior. Wszystko zalej wystudzoną solanką po brzegi i zakręć słoik, tak żeby nie było dostępu powietrza. Codziennie otwieraj słoik i upychaj kiszące się liście oraz kwiaty pod powierzchnię wody. Zostaw na 4-5 dni. Po tym czasie kiszonkę odcedź, zostawiając wodę. Liście rozdrobnij w blenderze lub drobniutko pokrój. Włóż do garnka i zalej wodą ze słoika, dodając jeszcze litr wody. Gotuj ok. 20 min. Na koniec spróbuj, popieprz, posól do smaku albo rozrzedź, jeśli smak jest dla ciebie zbyt intensywny. Serwuj z łyżką śmietany, jajkiem, chlebem, posyp koprem. Poczuj się jak król Władysław IV, który ponoć bez zapasu barszczu w żadną podróż nie wyruszał.

barszcz zwyczajny

image (3)

Opublikowano Dodaj komentarz

Selerowate

W tej rodzinie są i szalej jadowity i szczwół plamisty. Szaleju się najadł… – tak to właśnie o jednej z tych bardzo toksycznych roślin mówi znane przysłowie. Poza tym te dwie rośliny dość niefortunnie i tragicznie zapisały się w kulturze. Pozyskiwano z nich alkaloidy, które dodawano do cykuty (to zresztą też zwyczajowa nazwa szaleju), śmiertelnej trucizny, powodującej najpierw uczucie mrowienia kończyn, a na końcu prowadzący do zgonu paraliż mięśni oddechowych. Wszelkie przesłanki wskazują na to, że cykutę podano Sokratesowi. Jeśli dodać do tego parzące barszcz Sosnowskiego i Mantegazziego, osiągające rozmiary pokaźnych drzew, można tylko stwierdzić: Strzeżcie się selerowatych. Stop! Wcale nie! W tej rodzinie są też przecież smakowity biedrzeniec anyż, kmin, fenkuł, pasternak, a nawet poczciwa marchew. Na stoły z nimi!

Selerowate są od wieków obecne w kulturze. Na tajemniczej roślinie wybijanej na monetach – silphium – zasadzało się bogactwo Cyrenajki, późniejszej rzymskiej prowincji (i to Rzymianie właśnie, przez chciwość i nadmierną eksploatację silphium, doprowadzili do wyginięcia tej rośliny). Prawdopodobnie była to roślina stosowana jako środek poronny, jakże cenny w czasach zawodności prymitywnych środków antykoncepcyjnych lub ich braku. Laski biskupie? Kije, na których wspierały się greckie menady? Ach, i znów selerowate. Tym razem chodzi o zapaliczkę, pokaźnych rozmiarów roślinę śródziemnomorską, której suche łodygi były wykorzystywane albo jako kije do podpierania się, albo laski do… karcenia uczniów szkół tanecznych. Rach, ciach! Pomyliłeś kroki! A masz zapaliczką! O selerowatych napiszemy z pewnością jeszcze nieraz.

Dziękujemy prof. Krzysztofowi Spalikowi, w którego arcyciekawym wykładzie nt. rodziny selerowatych, zorganizowanym w ramach obchodów 200-lecia Uniwersytetu Warszawskiego, miałyśmy przyjemność uczestniczyć.

Chcecie się dowiedzieć więcej? Zapraszamy do świeżo utworzonej grupy Dom Selerowatego Dziecka (tak właśnie 😉 na Facebooku.

image (2)

Opublikowano Dodaj komentarz

Immunoczekoladki

Czas na kwiaty czarnego bzu właśnie dobiega końca, ale jeśli jeszcze gdzieś znajdziecie kwitnące baldachy, nie zastanawiajcie się długo. Warto je ususzyć nawet w małej ilości i wykorzystać je w czekoladkach, które podniosą nam odporność Co jeszcze? Na przykład kłącze różeńca. W badaniach laboratoryjnych dowiedziono, że preparaty z kłącza różeńca m.in. podnoszą poziom serotoniny, hormonu, dzięki któremu uspokajamy się i który pełni ważną funkcję w regulacji procesów trawiennych. Różeniec był też od dawna używany jako surowiec podnoszący odporność i łagodzący działanie stresu. A dalej cała litania immunostymulujących składników: ucho bzowe, zawierające beta-glukan wpływający, czaga, czyli błyskoporek podkorowy (grzyb pod ochroną częściową, nie wolno go pozyskiwać z żywych drzew), zmielone pestki róży. Plus bogate w wielonienasycone kwasy tłuszczowe orzechy, działająca przeciwkaszlowo czekolada (tak, tak! To wszystko dzięki teobrominie), suszone owoce i miód. Same dobre rzeczy, prawda? No to do dzieła!

  • Szklanka namoczonych nerkowców lub innych orzechów albo pestek, np. słonecznika
  • Szklanka ugotowanej kaszy jaglanej
  • Do posłodzenia do wyboru: ¼ filiżanki rodzynek albo daktyli, 3 spore łyżki miodu, syropu z agawy albo daktylowego (ostatni jest najmniej słodki, więc warto go dodać ciut więcej, jeśli lubicie słodsze rzeczy)
  • Pół tabliczki dobrej gorzkiej czekolady
  • 3 łyżki masła kokosowego albo nierafinowego oleju kokosowego
  • Składniki podnoszące odporność: ucho bzowe, czaga, kwiat czarnego bzu, kłącze różeńca (wszystko zmielone na proszek, każdego składnika ok. ½ łyżeczki)

Stopić czekoladę w kąpieli wodnej razem z tłuszczem kokosowym, do blendera z ostrzem w kształcie litery S wrzucić wszystkie składniki. Zblendować. Masę wstawić na godzinę do lodówki. Formować trufle i obtaczać w płatkach migdałów, płatkach kwiatów, np. suszonym kwiecie czarnego bzu, chabrów, płatkach róży pomarszczonej, krokosza barwierskiego, kawie, kakao, albo wiórkach kokosowych. Odstawić na godzinę i zajadać!

image (1)

image