Opublikowano Dodaj komentarz

Zabawa w kulki, czyli sferyfikacja octu

Czasem lubimy sobie urozmaicić sposoby podania naszych własnych octów.
Można je wykorzystać o wiele ciekawiej niż po prostu do polewania sałatki czy zakwaszania zup.
Jednym ze sposobów jest przygotowanie octowego „kawioru”.
Sferyfikacja, czyli wytwarzanie kulek różnej wielkości z płynu, jest techniką znaną od dawna w kuchni molekularnej.
W dodatku jest to metoda bardzo prosta do wykonania w domu, a składniki do tego potrzebne kupimy już w każdym większym markecie.

Co będzie nam potrzebne?

1. Oczywiście ocet. Najlepiej o wyraźnym, bogatym, przyjemnym smaku. Jeżeli użyjemy kolorowego, nasz kawior również będzie kolorowy.

2. Agar-agar w proszku. Agar to substancja żelująca uzyskiwana z krasnorostów. W zimnej wodzie pęcznieje, a w gorącej (90-100 stopni) się rozpuszcza. Co ważne, zestala się z powrotem już w temperaturze 40-50 stopni, co sprawia, że ma wiele zastosowań w kuchni. Jego rosnąca popularność sprawiła, że w tej chwili można go już bez problemu kupić w każdym większym supermarkecie.

3. Olej. Dużo oleju:) To będzie medium, w którym będą powstawać kulki octu. Najlepiej wykorzystać do tego bezbarwny, rafinowany olej o neutralnym smaku.

4. Przezroczysty garnuszek na olej (może być słoik) i strzykawka lub pipeta.

No to zaczynamy!

Przygotowanie:

1. Olej przelej do garnuszka/słoika, tak aby było go sporo, i wstaw do zamrażalnika na przynajmniej 30-40 minut. Olej musi być bardzo zimny.

2. Ocet przelej do garnuszka i dodaj do niego tyle proszku agarowego, żeby osiągnąć 1,5% stężenie.

3. Garnuszek z octem i agarem ustaw na małym ogniu i podgrzewaj, mieszając aż do zagotowania. Gotuj na małym ogniu 3-4 minuty, cały czas mieszając.

4. Ostudź roztwór octu do temperatury ok 50 stopni Celsjusza (w tej temperaturze zaczyna się zestalanie agaru; jeżeli temperatura spadnie za bardzo, płyn zmieni się w galaretkę, za gorący z kolei nie będzie tworzył ładnych kulek i podniesie temperaturę oleju)

5. Wyjmij pojemnik z olejem z zamrażalnika. Do pipety albo strzykawki nabierz ocet z agarem i ostrożnie wkraplaj po kropli roztwór do zimnego oleju. Jeżeli kuleczki nie chcą opadać, ale pływają po powierzchni, możesz zanurzyć końcówkę pipety/strzykawki nieco pod powierzchnię.

6. Gotowe kulki odcedźcie na sitku, a następnie przemyjcie bardzo zimną wodą.

Gotowe!
Taki octowy kawior możecie użyć jako dekorację sałatek,przystawek, dodać do zupy czy drinków:)

Dobrej zabawy!

A jak zrobić najsmaczniejszy ocet z dodatkiem dzikich roślin jadalnych?
Jak przygotować dzikie kimchi?
Co dodać do fermentowanych past i gąszczy?

Tego nauczymy was już niedługo na warsztatach dzikiej fermentacji!
https://www.facebook.com/events/440426530025843/

Opublikowano Dodaj komentarz

Czarny ocet

Pomysł na ten ocet narodził się kilka dobrych tygodni temu, kiedy za oknem było jeszcze całkiem szaro, zimno i ponuro.

Zamarzyła mi się letnia sałatka z ciemnym, aromatycznym octem balsamicznym.

A tu jak na złość… żadnego octu balsamicznego, żadnych pachnących słońcem pomidorów.

Nic to… postanowiłam poprawić sobie humor, nastawiając chociaż jakiś nowy ocet.

Ale nie byle jaki, tylko CZARNY OCET…

Chciałam, żeby chociaż trochę przypominał ocet balsamiczny i miał głęboki, mocny aromat. Udało się!

Po kilku miesiącach już mogę wam donieść – to jeden z najlepszych octów, jakie zrobiłyśmy. Z czego – zapytacie?

Jeszcze chwila cierpliwości:) Zaraz uchylę rąbka tajemnicy, ale najpierw napiszę słów kilka o tym, czym jest prawdziwy ocet balsamiczny.

Ocet balsamiczny to ocet powstający z zagęszczonego moszczu winnego określonych odmian białych lub czerwonych winogron. Jego produkcja trwa ok. 12 lat, w czasie których w procesie parowania i fermentacji moszcz zmniejsza swoją objętość o blisko 10% rocznie. Oznacza to, że aby wyprodukować litr octu balsamicznego, trzeba użyć ok. 145 kg surowych winogron!

W warunkach domowych trudno zabrać się do prawdziwej produkcji octu balsamicznego. Możemy jednak trochę oszukać rzeczywistość i zrobić gęstszy niż zwykle i bardziej esencjonalny ocet innym sposobem, np. używając resztek konfitur lub dżemów. A kwiecień jest idealnym momentem na czyszczenie szafek po zimowych zapasach.

Poza tym nie wiem, czy wiecie ale postanowiłyśmy, że kwiecień 2018 będzie FERMENTACYJNYM KWIETNIEM !

Może więc pierwszym fermentem, jaki zrobicie w ramach naszej akcji, będzie ten typ octu?

A teraz rozwiązanie zagadki!

Nasz czarny ocet powstał z resztek konfitury z czarnego bzu i aromatycznych strąków czarnego kardamonu. Jest więc podwójnie czarnym octem:)

Oto przepis:

1. Do wyparzonego słoika wrzucamy taką ilość konfitur lub dżemu żeby stanowiła 1/3-1/2 objętości słoika i dopełniamy letnią wodą, dokładnie mieszając. Zostawiamy ok. 2 cm wolnego miejsca, ponieważ octy na dżemach lubią sobie poszaleć i czasem ich fermentacja zachodzi naprawdę burzliwie.

2. Do gotowego nastawu dorzucamy 2-3 strączki czarnego kardamonu oraz – aby ułatwić fermentację – albo łyżeczkę innego żywego octu, albo kawałek matki octowej.

3. Przez pierwsze 2-3 tygodnie ocet codziennie mieszamy, a kiedy zakończy się etap burzliwej fermentacji (przestanie powstawać piana i bąbelki), zostawiamy jeszcze na 4-6 tygodni, aż nabierze octowego zapachu i kwaśnego smaku.

4. Gotowy ocet zlewamy, przecedzając go przez sitko do wyparzonych butelek z nakrętką.

Odstawiamy na tydzień. Po tym czasie delikatnie odkręcamy i sprawdzamy, czy fermentacja octowa naprawdę się skończyła. Jeżeli pod nakrętką zebrał się gaz i przy odkręcaniu usłyszymy charakterystyczne syknięcie, oznacza to, że jeszcze musimy pozwolić naszemu octowi chwilę popracować w słoiku ze ściereczką. Jeżeli nie, nasz ocet jest gotowy!

Matka octowa formująca się na czarnym occie

Czarny ocet z konfitury z czarnego bzu i czarnego kardamonu ma piękny, głęboki kolor, gęstszą niż tradycyjny konsystencję i wspaniały zapach owoców, bzu oraz lekko wędzonego, żywicznego, czarnego kardamonu. Poezja!

Charakterystyka składników:

OWOCE CZARNEGO BZU (Sambuci fructus)

Owoce czarnego bzu zawierają dużą ilość antocyjanów, flawonoidów, garbników i kwasów organicznych. Poza tym możemy też znaleźć w nich pektyny i cukry. To sprawia, że wyciągi z owoców czarnego bzu działają przeciwwirusowo, antybakteryjnie, immunostymulująco oraz antyoksydacyjnie, co oznacza że jego owoce mogą być stosowane wspomagająco w leczeniu grypy i przeziębień oraz w okresach zwiększonej zachorowalności na wszelkiego rodzaju infekcje. Pamiętajmy jednak, że oprócz wszystkich dobrych składników owoce czarnego bzu zawierają także sambunigrynę i prunazynę. To związki działające silnie drażniąco i toksycznie na nasz układ pokarmowy, dlatego nigdy (!) nie spożywajmy ich na surowo, jedynie po obróbce cieplnej, w czasie której te związki ulegają rozkładowi.

CZARNY KARDAMON (Amomum subulatum, Amomum costatum)

Czarny kardamon to nie to samo co powszechniej znany kardamon malabarski (zielony).

Wprawdzie jest to roślina należąca do tej samej rodziny imbirowatych (Zingiberaceae), ale to inny gatunek. Surowcem przyprawowym jest podłużna torebka nasienna wypełniona nasionami. W zapachu czarnego kardamonu przeważają nuty żywiczne, kamforowe, korzenne i lekko wędzone.

Opublikowano Dodaj komentarz

Share Week 2018 – kogo lubimy

Nigdy nie uczestniczyłyśmy w akcji Share Week, ale bardzo przyklaskujemy idei dzielenia się tym, co dobre, i promowania ludzi z prawdziwą pasją i tego, czym się zajmują.

Widzimy, jak trudno przychodzi po prostu dobre mówienie o innych, a jeżeli jeszcze ten ktoś robi coś w „twojej działce”, często trafiamy na prawdziwy opór.

Uważamy, że powinniśmy się dzielić, mówić, polecać i wspierać entuzjastów, rękodzielników, artystów i po prostu ciekawych ludzi, chociażby dlatego, że korzystają na tym wszyscy!

Tak więc w tym roku w ramach Share Week 2018 postanowiłyśmy pokazać wam tych, których my cenimy najbardziej. Tych, którzy inspirują nas.

Jako pierwszy blog przedstawiamy Pozytywnie Zakiszonych.

Tworzą go ludzie z wielkim entuzjazmem i wiedzą na temat fermentacji. Imponuje nam zarówno kreatywność w podejściu do tematu, jak i ogromna wiedza merytoryczna.

Krzysztof jest niezwykle miłym człowiekiem i nie zdarzyło się, żeby odesłał potrzebującą fermentującą duszę bez odpowiedzi na jakąś wątpliwość dotyczącą zawartości słoja czy butelki.

Dodatkowo ich wspaniałe kiszonki i inne fermenty można nabyć i spróbować ich regularnie na różnych typach imprez ekologicznych. Przyjdźcie kiedyś sami sprawdzić, bo rzędy kolorowych słojów mogą zachwycić! O smaku nie wspominając!

Następny jest blog naszej ziołowej przyjaciółki Małgosi z którą znamy się m.in. ze zlotów zielarskich: Ziołowa Wyspa

Małgosia zajmuje się ziołami, robi naturalne, przyjazne kosmetyki i inne ziołowe eliksiry, i robi to z miłością. Ta miłość do ziół przebija w każdym zdaniu jej wpisów i w każdym zdjęciu na blogu.

Małgosia napisała niedawno zielarską książkę, którą oczywiście mamy w naszej kolekcji, ale zachęcamy też was do zakupu ( http://ziolowawyspa.pl/moja-ksiazka/ ).

Polecamy także nastrojowe warsztaty Małgosi. Musicie kiedyś do niej wpaść i ukręcić sobie krem albo maść.

No dobrze, ale nie zajmujemy się jedynie ziołami i fermentacją.

Jedną z naszych ulubionych aktywności jest gotowanie i JEDZENIE 😀

A jeżeli chodzi o jedzenie, ślinka nam cieknie przy każdym wpisie autorki bloga Vegekolektyw.

Kochamy te małe słodkie wegekęski, ciasteczka, śniadania, wegańskie ajerkoniaki, a nawet… wegański bekon z papieru ryżowego!

Obie jesteśmy wegetariankami, a nie wegankami, ale baaardzo sympatyzujemy z taką kuchnią i bez ściemy mówimy wam: przepisy Vegekolektywu to prawdziwa petarda smaku.

Ale czy trzy blogi mogą wyczerpać temat?

Zdecydowanie nie!

Chciałybyśmy jeszcze polecić waszej uwadze blogi naszych przyjaciół, Kasi https://wmiejskiejkniei.wixsite.com/wmiejskiejkniei i Artura http://bushcraftwilson.blogspot.com/, które podczytujemy w wolnych chwilach. Nie jesteśmy dziewczynami środka lasu i gotowanie na kamieniach czy robienie strzał z krzemieni nie jest naszym codziennym zajęciem, ale wiele razy odwiedzałyśmy Kasię i Artura i zawsze jesteśmy pod wielkim wrażeniem ich umiejętności, a także zdolności do nauczania prymitywnych technik gotowania, rozpalania ognia itp.

Kasia i Artur wydali ostatnio dwie wspólne książki, które szczerze polecamy! (http://pascal.pl/kuchnia-survivalowa-bez-ekwipunku–gotowanie-w-terenie–czesc-1,48,6518.html ).

No dobrze, ale co z ludźmi, którzy blogów nie mają, a pałają entuzjazmem i mają olbrzymią wiedzę?

Nie możemy o nich zapomnieć.

Z tematów okołoprzyrodniczych i warszawskich szczerze polecamy facebookowy profil Naturalnie w Warszawie, który prowadzi człowiek o wielkiej przyrodniczej wiedzy i pasji, weterynarz piszący nie tylko o przypadkach weterynaryjnych, ale o wszystkim, co przyrodniczo w Warszawie piszczy. Warto czytać, bo z każdym wpisem przemyca ogrom ciekawostek.

No i jeszcze instagram. Mamy wielu swoich ulubieńców, ale dzisiaj przedstawimy wam dwa profile.

Znają go wszyscy zainteresowani fermentacjią – wielka osobowość kulinarnego świata. Ladies and gentlemen – Mr Pascal Baudar!

Pascal specjalizuje się w fermentacji z udziałem lokalnie występujących w jego okolicy ziół i roślin jadalnych. Wydał kilka fantastycznych książek. Z tego, co wiemy, jedna niedługo (nareszcie!) ukaże się również w języku polskim. To must have każdego dzikiego fermentatora! Jeżeli jeszcze nie obserwujecie jego profilu, koniecznie zacznijcie! Zapewniamy, że odkryjecie nowe światy i nie pożałujecie kliknięcia.

A czy pisałyśmy wam, że bardzo lubimy sztukę?

Oj tak! A jeżeli jeszcze jest to sztuka inspirowana światem roślin, który jest nam szczególnie bliski, nie ma wątpliwości, że pokochamy ją całym sercem.

Tak jak całym sercem ubóstwiamy fantastyczne, roślinne, nieco psychodelicznie i bajecznie kolorowe obrazy Ewy Goral. Jeżeli to nazwisko jeszcze się wam nie obiło o uszy, to marsz na instagram! ( https://www.instagram.com/prevka/).

Możemy się w nie wpatrywać godzinami i podziwiać, podziwiać, podziwiać <3

A przy okazji, wiecie że Ewa jest tak wspaniałomyślna, że jakiś czas temu zgodziła się zaprojektować nasze logo. Jesteśmy nim zachwycone każdego dnia.

No dobrze. To by było tym razem na tyle.

A wy? Macie swoje ulubione blogi? Profile?

Dajcie nam znać!

I donieście nam, czy podobają się wam nasze propozycje.

Dzielmy się dobrem i jakością!

Opublikowano Dodaj komentarz

Zakwas na kefirze wodnym i prosty chleb orkiszowy

Nie jestem specjalistką od chleba, nie mam stuletniego zakwasu w domu, a w mojej rodzinie nie było piekarzy. Generalnie biegło się zawsze rano po kajzerki czy inne paryskie do sklepu na dole i tyle. Zero filozofii, zero historii.

Kaja przynajmniej lubi cały ten okołochlebowy ceremoniał – ja nie. Ja lubię, żeby było szybko, żeby nie trzeba było przekładać, miesić, czekać, przekładać, wyrastać, kropić, modlić się, żeby nie opadł, znów coś tam. I po 48 godzinach mamy chleb, a teraz jeszcze trzeba czekać, aż ostygnie kolejne 12. Tak mija tydzień… To nie dla mnie! (Może kiedyś… Nie wykluczam).

Aż nadszedł w moim dorosłym życiu ten dzień, kiedy zakupiłam w jednym z warszawskich second handów zupełnie nowy, ometkowany garnek rzymski. Ta karczma Rzym się nazywa – podszepnął diabełek za lewym uchem. Tak oto zaczęłam piec chleby na zakwasie.

A dlaczego? Ano dlatego, że chleby w glinianych albo żeliwnych garnach – jak się okazało – piecze się nad wyraz łatwo i ba! – nie trzeba nawet nagrzewać wcześniej piekarnika. Jak zwykle do zrobienia mojego chleba używam zawsze robota kuchennego z ostrzem w kształcie litery S. Naprawdę – nie tego z hakiem do ciasta. Po prostu takiego nie mam. Nie mam też miejsca w domu na kolejny wielgarny sprzęt (ubolewam!), pracownia nie jest z gumy (ubolewam po raz kolejny!), więc korzystam z tego, co mam.

Do zrobienia chleba potrzebny nam będzie przefermentowany kefir wodny. A do niego z kolei będą nam potrzebne ziarna kefirowe (kefiru wodnego, nie grzybek tybetański – to zupełnie wegański przepis).

Oto podstawowy przepis:

  1. Ziarna kefirowe (0,5-1 szkl.) zalewamy w słoiku wodą, w której rozpuściliśmy uprzednio 5 łyżek cukru. Dodajemy kilka rodzynek (najlepiej niesiarkowanych). Zakręcamy słoik.
  2. Po 24-48 godz. zlewamy płyn przez sitko i powtarzamy procedurę z punktu pierwszego względem ziaren.
  3. Do płynu dodajemy owoce lub sok i zakręcamy butelkę – zazwyczaj po dobie płyn lekko gazuje, po dwóch gazuje już całkiem mocno, a po trzech lepiej wstawić go do lodówki. Zdarza się jednak, że tak z jakiegoś powodu nie robimy i nasz kefir wodny drugiej fermentacji buzuje jak szalony, jedzie na kilometr alkoholem i jest już po prostu przefermentowany. Ups? Ależ nie. Teraz się dopiero cieszymy, bo zaczynamy robić chleb!

Zakwas na przefermentowany kefirze wodnym 2F (drugiej fermentacji) wstawiam zawsze w 0,5-litrowym słoiku. Do 3/4 wlewam bąbęlkujący jak szalony kefir wodny i dopełniam mąką – w tym przypadku orkiszową (typ 2000 – cokolwiek to znaczy), chodzi o to, żeby uzyskać konstystencję zakwasową, czyli takiego lekkiego budyniu. (Mówiłam już, że nie jestem specem od chleba?).

Czekam dobę, a potem zaglądam do słoika… To żyje! I to jak – scoby kefirowe daje radę.

No i teraz zaczyna się zabawa z chlebem.

Składniki:

0,5 l zakwasu o konsystencji lekkiego budyniu
0,5 kg mąki orkiszowej pełnoziarnistej (typ 2000)
dwie łyżki dowolnego oleju
szklanka wody
szczypta soli

Do blendera z ostrzem w kształcie litery S wlej zakwas, wsyp mąkę, dolej olej. Włącz robot na wolne obroty (ale nie jedynka, tylko trójka-czwórka).

Przez otwór na górze stopniowo wlewaj wodę, aż chleb osiągnię dość zwartą, ale lekką konsystencję – to nie ma być kamień.

Garnek rzymski wyłóż papierem do pieczenia (można pominąć, jeśli się wie na sto procent, że chleb nie przywrze – być może w emaliowanych garnkach rzymskich jest taka szansa, w tych nieemaliowanych nie ma).

Wyłóż ciasto. Przykryj pokrywą i zostaw w ciepłym miejscu na 24 godz. Ciasto w tym czasie stanie się leciutkie i podwoi swoją objętość (albo nawet zdwuipółkrotni, ha!).

Nastaw piekarnik na 210 stopni C na termoobieg. Zmocz mocno pokrywę garnka rzymskiego i przykryj chleb. Do nienagrzanego piekarnika włóż garnek z chlebem. Piecz 60 minut.

Wyjmij chleb i pozostaw do ostygnięcia na 12 godz. Teraz już możesz go kroić i jeść. Jest naprawdę pyszny!

I dość prosty, prawda? 🙂

Opublikowano Dodaj komentarz

Kolacja w japońskim stylu

Serdecznie zapraszamy na kolejną kolację w cyklu przybliżającym kuchnie narodowe.
Tym razem motywem przewodnim jest kuchnia japońska. Nie byłybyśmy sobą, gdybyśmy w daniach nie wykorzystały odrobiny dzikich roślin 😉

W naszym menu znajdą się m.in.:

Sushi z dzikimi fermentowanymi grzybami
Ziołowe onigiri
Chwastny ramen
Zakręcona roślinna tempura
Fermentowane tsukemono
Słodko-gorzkie czekoladki

Cena: 100 zł/osoba
Liczba miejsc bardzo ograniczona 🙂 Przy zapisie (na adres: meadladykm@gmail.com) obowiązuje wpłata całej kwoty.

Opublikowano Dodaj komentarz

Drożdżowe chlebki na kefirze

Domowy, niepasteryzowany kefir zawiera oprócz bakterii mlekowych również drożdże. Dlatego fermentacja z udziałem ziaren kefirowych jest fermentacją mieszaną: drożdżowo -mlekową.
Ten fakt możemy wykorzystać w domowej piekarni i upiec chlebki na kefirze. W zależności od czasu, jakim dysponujemy, możemy wspomóc kefirowe szczepy drożdży tymi piekarniczymi albo zostawić ciasto na dłuższy czas (ok. 12 godz.) – wówczas nie dodajemy drożdży piekarniczych, tylko sam kefir. Chlebki kefirowe są wilgotne i mają kwaskowy, przyjemny smak.
Składniki:
1 kg mąki
1,5 szklanki kefiru
2 łyżeczki świeżych drożdży piekarniczych (opcjonalnie)
sól do smaku
2-3 łyżeczki rozmarynu lub czarnuszki.
Ewentualnie trochę ciepłej wody
kilka łyżek oliwy
Przygotowanie:
1. Mąkę wsypujemy do miski, dodajemy kefir, oliwę, sól i przyprawy. Jeżeli używamy dodatkowo drożdży piekarniczych rozpuszczamy je w niewielkiej ilości wody i dodajemy.
2. Wyrabiamy gładkie elastyczne ciasto. Zwykle zajmuje to kilka minut. Jeżeli całość jest za sucha, dodajemy trochę ciepłej wody, aż do uzyskania odpowiedniej konsystencji.
3. Zostawiamy do wyrośnięcia w ciepłym miejscu (godzina-dwie, jeżeli używaliśmy drożdży piekarniczych, 8-12 godz., jeżeli używamy samego kefiru), aż podwoi swoją objętość.
4. Ciasto ponownie krótko wyrabiamy, dzielimy na cztery mniejsze porcje. Każdą porcję formujemy w niewielki chlebek i umieszczamy na wysmarowanej tłuszczem blasze. Bochenki smarujemy oliwą, możemy posypać solą, czarnuszką lub suszonymi płatkami kwiatów dla ozdoby.
5. Pieczemy w piekarniku nagrzanym do 180 stopni (termoobieg) 20-30 min, aż chlebki delikatnie się zrumienią.
Uwaga! Jeżeli chcemy uzyskać bardziej rumiane chlebki, możemy je posmarować mlekiem, rozbełtanym jajkiem albo śmietaną.chleb kefirowy

Opublikowano Dodaj komentarz

Szybki chlebek kukurydziany na kefirze

Jeżeli zajmujesz się domową fermentacją, czasem zdarza się, że stoisz przed problemem nadwyżek fermentowanych produktów. Szczególnie dotyczy to tych, które fermentują dość szybko. Kefir jest jednym z nich. Nie zawsze uda się wszystko wypić. Co zrobić z tym, który zostanie?

My proponujemy słoneczny, szybki i bardzo prosty chlebek kukurydziany. Dodałyśmy do niego kurkumę oraz kumin, przyprawy rozgrzewające. Do chlebka potrzebujesz zaledwie paru składników.

2 kubki mąki kukurydzianej

1 kubek kefiru

łyżka cukru

łyżeczka proszku do pieczenia i łyżeczka sody

3 łyżki oliwy

jajko

po pół łyżeczki: soli, kurkumy, kuminu

Przygotowanie:

1. Wymieszaj mąkę, proszek do pieczenia, sodę, sól, przyprawy i cukier.

2. Do mieszanki dodaj oliwę, jajko i kefir. Dokładnie wyrób.

3. Rozgrzej piekarnik do 180 st. C. Ciasto ułóż w foremce keksowej. Posmaruj wierzch oliwą i posyp kuminem. Piecz 20 min na środkowym poziomie piekarnika, aż ładnie się zrumieni, a drewniany patyczek wbity w ciasto będzie suchy.

chleb_kefirowy2

Opublikowano Dodaj komentarz

Saturej i pożytki z niego

Saturej? A co to takiego? Piszę o cząbrze:) Mam wrażenie nieco zapomnianej przez nas przyprawie.
A przecież używanej od tysiącleci. Starożytni Rzymianie uwielbiali używać octu cząbrowego do przyprawiania dań a nazwa łacińska (Satureja L.) pochodząca od słowa satyr wskazuje, że był też uważany za zioło zwiększające popęd płciowy. Wspominają o nim i Owidiusz i Hipokrates. 

Inna nazwa cząbru to fasolowe ziele, bo chętnie dodawano go do dań z roślin strączkowych. Zapobiegał nadmiernym gazom i ułatwiał trawienie. Pamiętajmy tylko, żeby nie dodawać go na samym początku i nie gotować za długo, bo gorzknieje.

Zarówno cząber ogrodowy, nazywany często letnim (Satureja hortensis L.), jak i cząber górski, nazywany zimowym (Satureja montana L.), wykazują działanie przeciwzapalne, przeciwbiegunkowe i antyseptyczne. Korzystajmy więc w niego w kuchni i apteczce.

 

Ocet cząbrowy

Bardzo ciekawym aromatyzowanym octem jest ocet cząbrowy. Za przykładem starożytnych Rzymian możemy używać go do przyprawiania wielu dań od roślin strączkowych, przez zupy, aż do sałat.

Składniki: Szklanka domowego octu, 1/3 szklanki suszonego cząbru dobrej jakości lub pół szklanki świeżego ziela.

Przygotowanie: Ocet podgrzewamy do ok. 70 st. Ci zalewamy nim ziele. Zakręcamy i odstawiamy do maceracji na 7-10 dni. Codziennie wstrząsamy. Po tym czasie ocet zlewamy i używamy wedle upodobań.

Kombucza cząbrowa

Na kombuczę cząbrową natknęłam się pierwszy raz, czytając publikację naukową na temat porównania jej antybakteryjnych właściwości z kombuczą klasyczną, czyli fermentowaną na czarnej herbacie. Wprawdzie badanie nie wykazało, że działa silniej od zwykłej, ale od tego czasu zastanawiałam się, jaka jest w smaku. Więc ją zrobiłam. Fermentuje bez poblemu. Co więcej, w czasie fermentacji zachowuje się przyjemny, charakterystyczny zapach naparu, ale całość łagodnieje i robi się lżejsza w smaku.

Składniki: litr wody, 4-6 łyżek cukru (tym razem polecam jasny trzcinowy, nadaje ciekawy posmak), dwie płaskie łyżki suszonego cząbru, pół szklanki poprzedniego nastawu kombuczowego do zakwaszenia (jeżeli nie mamy, to sok z jednej cytryny albo 1/3 szklanki dbrego, spasteryzowanego (!) octu), matka kombuczowa

Przygotowanie:

1. Wodę zagotowujemy i gorącą zalewamy cząber. Zaparzamy kilka minut i dodajemy cukier, mieszamy, aż się rozpuści. Zostawiamy do wystygnięcia.

2. Napar przecedzamy. Wlewamy do wyparzonego słoika, dodajemy stary nastaw, matkę kombuchową i zabezpieczamy słoik szmatką i gumką. Zostawiamy do fermentacji na 7-10 dni w zależności od tego, jaki smak lubimy.

Syrop na przeziębienie i kaszel

To mój ulubiony syrop. Mimo że używałam tych ziół od lat, to takie połączenie odkryłam dopiero dzięki Małgosi z Ziołowej Wyspy. Działa fenomenalnie, pachnie obłędnie i bardzo mi smakuje. Do jego zrobienia potrzebne wam będą równe części suszonego cząbru, macierzanki i kwiatu czarnego bzu. Oraz oczywiście cukier.

Przygotowanie:

1. Weź po trzy łyżki każdego z ziół i zalej 500 ml wody, doprowadź do wrzenia, a następnie zaparzaj 15 minut. Przecedź, a do płynu dodaj 150-200g cukru trzcinowego. Zagotuj. Gorący przelej do słoików i zapasteryzuj.

syrop2

Opublikowano Dodaj komentarz

Kombucza rumiankowa

Robiąc kombuchę z innych surowców niż herbata, zawsze musimy mieć na uwadze, czy użyty napar nie będzie zawierał zbyt wielu substancji czynnych, które mogą działać bakterio- i grzybostatycznie lub bakteriobójczo.
Jeżeli spróbujemy sfermentować mocną antybakteryjną herbatkę ziołową, może się okazać, że fermentacja z udziałem matki kombuchowej nie zachodzi wcale lub zachodzi słabo, a w najgorszym wypadku scoby może nam obumrzeć. W końcu to kolonia bakterii i drożdży. Żywy twór i trzeba o niego dbać.
Dlatego bardzo się cieszę, że posiadamy cały słój z kombuchowymi matkami i możemy bez obaw eksperymentować;)

Nasze eksperymenty z kombuchą czasem się udają, czasem nie, i to nie tylko z powodu problemów z surowcem. Po prostu końcowy produkt nie zawsze smakuje lepiej niż napar.
Zupełnie inaczej jest z kombuchę rumiankową. Kiedyś gdzieś o niej przeczytałam i od razu wiedziałam, że muszę spróbować.
A teraz dzielę się z wami efektem.

Wnioski są bardzo proste: Rumiankowa kombucha świetnie fermentuje. Nowe matki tworzą się na niej bez większych problemów, a smakuje doskonale. Nuta rumianku jest wyczuwalna, ale delikatna, napar traci swoją charakterystyczną goryczkę i staje się delikatnie owocowy w odbiorze.
Myślę, że warto spróbować.

Przepis:
3 łyżki suszonych koszyczków rumianku
4-6 łyżek cukru
litr wody
pół szklanki poprzedniego nastawu kombuchowego (do zakwaszenia, jeżeli nie mamy, można użyć soku z jednej cytryny albo octu ale musi on być spasteryzowany i ostudzony)
1,5-litrowy wyparzony słój z przykrywką, matka kombuchowa

1. Zaparzamy rumianek w litrze wody, dodajemy cukier i mieszamy, aż się rozpuści. Studzimy.
2. Przecedzamy napar przez sitko, wlewamy do słoja, dodajemy część poprzedniej kombuchy i matkę kombuchową.
3. Zabezpieczamy słój i odstawiamy na 7-10 dni do fermentacji w zależności od tego, jak bardzo kwaśny napój lubimy.

Uwaga! Kombucza nie nadaje się dla diabetyków. W napoju jest sporo cukru nawet po kilku dniach fermentacji. Jeżeli wcześniej nie piłeś kombuczy, zaczynaj od bardzo małych dawek i obserwuj, jak reaguje twoje ciało. Zachowaj szczególną ostrożność przy chorobach układu pokarmowego (np.autoimmunologicznych chorobach jelit) lub schorzeniach nerek.

Opublikowano Dodaj komentarz

Kiszona brukselka i sałatka brukselkowa z sezamem

Wszyscy znamy kiszoną kapustę. A inne kapustowate? Nie odsuwajmy ich w kiszonkowy cień. Na przykład taka brukselka. Przecież to też kapusta, a dokładniej kapusta warzywna (Brassica oleracea var.gemmifera), stworzona prawdpodobnie przez skrzyżowanie kapusty głowiastej i jarmużu. Pochodzi z Belgii, a jej nazwa nawiązuje do stolicy tego kraju.

Ma niewiele kalorii, za to jest ogromnie bogata w witaminę K, kwas foliowy i substancje antynowotworowe, takie jak sulforafan.

Zakiśmy więc brukselkę! A dla wspaniałego smaku i aromatu dodajmy do niej nasze rodzime przyprawy: jałowiec i koperek.

Ponieważ kiszona brukselka jest dość jędrna i twarda, polecam dwa sposoby kiszenia. Dla cierpliwych: rozdzielamy brukselkę na listki i tak ją kisimy. Dla leniwych: kroimy główki wzłóż na zgrabne plastry.

Do wyparzonego słoika wrzucamy pokrojony ząbek czosnku (można wiecej) i kilka szyszkojagód jałowca, dorzucamy pokrojoną w cienkie plastry brukselkę oraz kilka ładnych gałązek kopru. Całość zalewamy solanką (łyżka soli na litr wody), upychamy wypływające części brukselki i zakręcamy wyparzoną zakrętką. Odstawiamy na minimum tydzień w nie za zimne i nie ciepłe miejsce – w takie, gdzie panuje temperatura pokojowa. Codziennie sprawdzamy, czy nic nie wypływa na powierzchnię i czy smak kiszonki nam już odpowiada. Gotową kiszonkę wstawiamy do lodówki lub w inne zimne miejsce, żeby spowolnić fermentację.

Podobno to, że niektórzy nie znoszą brukselki, jest spowodowane czynnikami gnetycznymi, a dokładniej nadwrażliwością na niektóre smaki. My w to nie wierzymy;) Myślimy raczej, że ci, którzy nie pokochali brukselki, jeszcze nie jedli jej odpowiednio przygotowanej. No więc oto przepis poskramiający brukselkę. Wydaje się nam, że zasmakuje naprawdę każdemu.

Sałatka z kiszonej brukselki z sezamem

Szklanka dobrze ukiszonej brukselki pokrojonej w plastry
1/4 kostki wędzonego tofu
dwie łyżki sezamu
Dressing: 2 łyżki jasnego sosu sojowego, kilka kropli oleju sezamowego, łyżka neutralnego w smaku oleju (np.ryżowy, z pestek winogron)

Przygotowanie:
1. Brukselkę osączyć z solanki, ewentualnie pokroić na mniejsze kawałki.
2. Tofu pokroić w słupki i podsmażyć na oleju na chrupko.
3. Zrobić dressing: W małym słoiczku wymieszać olej, np. z pestek winogron, sos sojowy i olej sezamowy. Wstrząsnąć, żeby składniki się połączyły.
4. Sezam uprażyć na suchej patelni, aż zacznie wydzielać przyjemny zapach. Uważać, żeby go nie przypalić.
5. Na talerzu ułożyć brukselkę, na to nałożyć usmażone tofu, polać dressingiem i posypać sezamem.

Można doprawić całość solą ale sos sojowy jest wystarczająco słony, więc jeżeli się na to zdecydujecie, zróbcie to z wyczuciem.

brukselka-salatka
Sałatka z brukselki kiszonej