Opublikowano Dodaj komentarz

Wiosnówka. Maleństwo pełne mocy

Wiosnówka

Czy zwróciliście kiedyś uwagę na maleńkie białe kwiatki rosnące przy torach kolejowych, nasypach, na dróżkach albo trawnikach, które pojawiają się wczesną wiosną?
Być może nie, bo są naprawdę niewielkich rozmiarów.
To prawdziwy znak, że przyszła wiosna, bo te maleństwa to wiosnówka pospolita (Erophila verna (L.) Besser = Draba verna Linne).
W maju nie ma już po niej śladu. Kończy kwitnienie, wydaje nasiona i obumiera.

Warto się z nią zapoznać. To cenny surowiec leczniczy! Tak. Ten mikrusek ma moc!:)

Należy do rodziny kapustowatych, a składnikami czynnymi w jej kwitnącym zielu są m.in. glikozydy siarkowe, olejek gorczycowy,flawonoidy i fitosterole. To sprawia, że jest idealnym surowcem na wiosnę bo wspomaga odtruwanie organizmu, pobudza wydzielanie soków żołądkowych, działa przeciwbakteryjnie i przeciwgrzybiczo, a także wspomaga trawienie. Pomoże też przy infekcjach.
Najlepiej dodawać ją na surowo do sałatek, koktajli, surówek. Można też ją zmiksować z oliwą i sokiem z cytryny i używać jak winegret. Idealna roślina na wiosenne osłabienie!

Jeżeli jednak nie pociąga was zabawa w sałatki, przygotujcie z niej intrakt, zalewając ją gorącym wytrawnym winem lub wódką (1:5), zostawcie na 3 dni, a potem odcedźcie. Zażywajcie z miodem przy infekcjach albo problemach z trawieniem.

Wiosnówkę można też nakładać na skórę w postaci pulpy albo naparu w przypadku stanów zapalnych skórny, zadrapań, zranień. Działa przeciwbakteryjnie i odkażająco.Wiosnówka

Żródła:
Mediplantepirus

strona dr. Różańskiego

Opublikowano Dodaj komentarz

Zagorzałek – kwiat babiego lata

Zdarza się, że stawiając pierwszy krok na nieznanej łące, nie podejrzewasz jakie niespodzianki kryje i ile skarbów wyniesiesz z tej wycieczki.
Tak też było tym razem.
Wybraliśmy się nad Bug w poszukiwaniu nowych terenów na botaniczne wyprawy i naprawdę nie spodziewałam się ujrzeć wiele więcej niż miętę nadwodną, połoniczniki albo łącznie.
Już jednak parę pierwszych kroków uświadomiło mi, że oto stoję przed rośliną, którą mam okazję widywać niezmiernie rzadko tam, gdzie mieszkamy.
Mówię o zagorzałku późnym (Odontites vernus subsp. Serotinus). Nazwa wskazuje na to, że zakwita późno – bo dopiero późnym latem/wczesną jesienią.
To bardzo ciekawa roślina z rodziny trędownikowatych (o trędowniku bulwiastym należącym do tej samej rodziny już pisałyśmy tu). Jest półpasożytem, co w tym przypadku oznacza że pobiera z korzeni innych roślin rosnących obok wodę i inne substancje za pomocą specjalnych ssawek.
Możecie go spotkać w pełni kwitnienia właśnie teraz, na podmokłych łąkach, terenach nadrzecznych oraz pastwiskach.
Przez rolników traktowany jest czasem jak chwast, ponieważ zdarza się że zarasta uprawy ozimych zbóż.

Jest niezwykle przydatnym ziółkiem. Ma silne właściwości przeciwzapalne, antybakteryjne, przeciwbólowe i przeciwreumatyczne. Znajdzie więc zastosowanie przy zapaleniu stawów, chorobach narządów płciowych, zapaleniach jamy ustnej czy problemach skórnych.
W dodatku można go stosować tak samo jak świetlik przy chorobach oczu, co jest bardzo dobrą wiadomością, ponieważ wiele gatunków świetlików jest tak rzadkich, że objęto je ochroną (a w dodatku nie zawsze łatwo określić, z którym gatunkiem mamy do czynienia), natomiast zagorzałek jest rośliną pospolitą na terenie całego kraju.

Najłatwiej jest go ususzyć i przygotowywać z niego napar (1 łyżka ziela na szklankę wody), a następnie pić (4 razy dziennie po 100 ml) lub stosować do okładów i przemywań.

Wyruszajcie witać babie lato na łąki w poszukiwaniu zagorzałka. Warto go mieć w domowej apteczce.

Opublikowano Dodaj komentarz

Połonicznik nagi (Herniaria glabra L.)

Znacie taką roślinkę jak połonicznik nagi?
Obiła wam się o uszy ta nazwa? Umiecie sobie przypomnieć, jak wygląda?
cale się nie zdziwię, jeżeli większość w was usłyszała o nim w tej chwili pierwszy raz w życiu.
To bardzo mała, płożąca się i niepozorna roślinka występująca na piaszczystych, słonecznych, ubogich i suchych murawach, obrzeżach lasów i w niektórych borach.
Bardzo często niezauważana z powodu niewielkich rozmiarów (listki mają do 10 mm, a kwiatki ledwie 2 mm (!).
Ja jednak mam do niej ogromny sentyment. Może dlatego, że bardzo lubię takie nienarzucające się i wytrwałe istoty.

Warto się z połonicznikiem zaprzyjaźnić i dać się uwieść jego skromnemu urokowi.
To surowiec zielarski używany w terapii chorób układu moczowego.
Działa moczopędnie, rozkurczowo, odkażająco na drogi moczowe, pomaga też rozkruszyć drobne złogi. Ponadto stosuje się go też w przypadku chorób reumatycznych, chorób skóry, a także w kosmetologii (ciekawostką jest to, że dawniej w Regionie Nadbużańskim używano do mycia się właśnie połonicznika – nazywano go ptasim mydłem, ziele zawiera bowiem saponiny).
Jego zwyczajowa francuska nazwa oznacza kruszyciela kamieni (casse pierre – pokruszony kamień).

Możecie więc po niego sięgnąć, kiedy pojawi się u was zapalenie cewki moczowej, nieprzyjemne uczucie parcia na mocz czy ból przy jego oddawaniu, a zewnętrznie stosować połonicznik do przemywań w przypadku trądziku lub łojotoku.

Ziele połonicznika dobrze jest łączyć z innymi ziołami. Można go z powodzeniem suszyć. Prawidłowo wysuszony powinien zachować jasnozieloną barwę oraz uzyskać dość silny, kumarynowy aromat.
Pamiętajcie tylko, że ze względu na rozmiary i występowanie trzeba go przed suszeniem dokładnie umyć z resztek piasku!

Najłatwiej zrobić połonicznikowy napar.
W tym celu 2 łyżki ziela (czyli całej rośliny) zalewamy szklanką wrzątku i odstawiamy na 30 minut. Po tym czasie odcedzamy, a napar pijemy 4 razy dziennie w niewielkich ilościach (po 100 ml).

Można też zrobić z niego wino ziołowe (w proporcji ½ szklanki ziela na 400 ml wina) albo intrakt (czyli nalewkę na gorącym alkoholu w tej samej proporcji. Pamiętajmy tylko, że w przypadku wyciągów alkoholowych zmniejszamy dawkę i przyjmujemy je do 4 razy dziennie po 10 ml.

PRZECIWWSKAZANIA:
Nie używamy połonicznika, jeżeli cierpimy na zapalenie kłębuszków nerkowy oraz stany zapalne żołądka i dwunastnicy.

Źródła:
www.rozanski.li
www.gramzdrowia.pl
„Flora Polski. Rośliny Leśne” Leokadia Witkowska-Żuk
„Leksykon roślin leczniczych” pod redakcją Antoniny Rumińskiej i Aleksandra Ożarowskiego

Opublikowano Dodaj komentarz

Perełkowiec japoński czyli bogactwo bioflawonoidów

Wraz z pierwszymi dniami wiosny zielarze i zielarki wyruszają na poszukiwania kwiatów forsycji, która jest wiosennym źródłem rutyny, czyli bioflawonoidu zaliczanego do grupy związków nazywanych witaminą P.
Bioflawonoidy te świetnie uszczelniają i wzmacniają naczynia krwionośne, mają działanie przeciwalergiczne i przeciwzapalne oraz przeciwzakrzepowe.
Bioflawonoidy zapobiegają też szybkiemu utlenianiu się witaminy C w organizmie.

Czy to znaczy, że jeżeli przegapiliśmy żółte forsycjowe kwiaty albo nie mamy dostępu do ziela gryki, nie mamy możliwości przygotować sobie zapasu surowca pełnego witaminy P?

Ależ nie!
Świetnym surowcem flawonoidowym, trochę nieoczywistym i często występującym w miastach jako ozdobne drzewo są kwiaty (tylko!) perełkowca japońskiego (Styphnolobium japonicum L.) inaczej zwanego szupinem lub soforą japońską.
Kiedy pierwszy raz zobaczyłam kwitnący perełkowiec, pomyślałam, że to bardzo dziwna robinia akacjowa. To nie było takie złe skojarzenie, dlatego że szupin, podobnie jak ona, należy do rodziny bobowatych a jego kwiaty bardzo przypominają te robiniowe. Kwitnie jednak znacznie później, bo w lipcu-sierpniu, a całe kwiatostany są rozgałęzione. Najlepiej do celów zielarskich nadają się kwiaty tuż przed rozkwitem.
Gatunek ten pochodzi z Japonii, a do Europy został sprowadzony dopiero w 1750 roku.
Jest też rośliną miododajną.

Co zrobić z zebranymi kwiatami?
Możemy je suszyć i zaparzać (1 łyżka kwiatów na szklankę wody, raz dziennie.) Pamiętajmy tylko o suszeniu w niskiej temperaturze i bez dostępu światła. Warto też rozważyć zrobienie z nich, od razu po zebraniu, intraktu.
W tym celu należy podgrzać 5 części 40% alkoholu i zalać nim kwiaty (1 część). Macerować 14 dni, a następnie odcedzić.
Taki intrakt podajemy raz albo dwa razy dziennie w niewielkich ilościach (5-10 ml)

Żródła:
http://rozanski.li/

https://panacea.pl/

Opublikowano Dodaj komentarz

Trędownik bulwiasty – na ugryzienia komarów

Jeżeli w czasie urlopu wybieracie się nad rzekę, do wilgotnych lasów albo nad jeziora, zapewne mimo środków ochronnych zdarzy się wam jednak zostać pogryzionym przez komary.
Na szczęście natura bardzo często podsuwa nam środki zaradcze. Wystarczy tylko dokładnie się rozejrzeć.
Na wilgotnych terenach, przey brzegach rzek i jezior często rośnie bowiem trędownik bulwiasty. Roślina, którą większość z nas pomija, bo nie ma przepięknych i okazałych kwiatów przyciągających spojrzenia. A to ona może nam pomóc pozbyć się nie tylko swędzenia i opuchlizny po ugryzieniach owadów, ale też wspomoże naszą skórę przy innych drobnych urazach oraz stłuczeniach, zwichnięciach i siniakach.

Trędownik bulwiasty należy do rodziny trędownikowatych (do tej samej rodziny należy też dziewanna, budleja czy namulnik) i ma w naszym kraju kilkoro braci, m.in. trędownika omszonego, skrzydlatego czy wiosennego.
Jest bardzo pospolitą, wieloletnią rośliną dość dużych rozmiarów (osiąga 120 cm wysokości).
Liście różnią się wyglądem w zależności od usytuowania na roślinie. Dolne są jajowate, ale na wierzchołku tępe, a górne zaostrzone. Zawsze wyrastają na łodydze parami nakrzyżlegle, a ogonki liściowe są czterokanciaste.
Bardzo charakterystycznym elementem są kwiaty trędownika. Niewielkie, dwuwargowe, zielonobrązowawe i beczułkowate. Kwitnie od czerwca do sierpnia.
Ale tak naprawdę żeby mieć pewność, że znaleźliśmy trędownik, wystarczy powąchać roztarty w palcach liść. Wydziela on silny i bardzo charakterystyczny zapach. Niektórzy uważają, że nieprzyjemny. Ja go bardzo lubię. Przypomina mi nieco podgrzany olej sezamowy.

Co takiego ma w sobie to ziółko, że tak dobrze działa na skórę?
Składnikami czynnymi są m.in. glikozydy iroidowe, flawonoidy (w tym diosmina i hesperydyna) oraz kwasy fenolowe. Substancje te sprawiają, że trędownika możemy używać zewnętrznie przy stanach zapalnych skóry i błon śluzowych oraz odparzeniach, oparzeniach słonecznych, stłuczeniach, siniakach i innych drobnych kontuzjach.

Jak to zrobić?
Możecie rozetrzeć świeże listki prosto na skórę, zrobić mocny napar trędownikowy i nim przemywać ugryzienia albo robić z niego okłady. Można też zakonserwować i wyekstrachować składniki czynne, robiąc z niego intrakt.
Potrzebujecie do tego jedną część trędownika i trzy części 40% alkoholu.
Rozdrobnione zioło zalewa się gorącym alkoholem i maceruje ok. 2 tygodni.

Ja natomiast po ostatnich wycieczkach w chaszcze wróciłam okrutnie pogryziona przez komarzyska. Na szczęście po drodze znalazłam też trędownik i już będąc w domu zrobiłam z niego emulsję z dodatkiem oleju tamanu (który wykazuje działanie kojące, gojące i przeciwświądowe) i z ulgą posmarowałam wszystkie swędzące zaczerwienienia.

Jeżeli chcecie taką emulsję zrobić ,musicie mocno rozdrobnić liście trędownika (np. w moździerzu lub przy pomocy blendera), następnie wycisnąć cały zielony sok. Do soku dodać kilka kropli oleju tamanu i porządnie wstrząsnąć, aż powstanie emulsja.
Taka emulsja nie jest trwała i wytrzyma w lodówce tylko kilka dni. Ale działa doskonale!

Opublikowano Dodaj komentarz

Miasto roślin

Czy przechadzając się czasem miejskimi ulicami, wędrując pomiędzy budynkami i przeskakując chodniki zastanawialiście się nad roślinami w mieście?
Ale nie tymi na klombach i balkonach, tylko nad tymi dzikimi wyzierającymi z każdej szczeliny chodnika, z załamań murów, wdrapującymi się po rynnach i cegłach albo zajmującymi każdy możliwy skrawek trawnika?
Przyjrzałeś się kiedyś dokładniej temu zielonemu królestwu?
Nie? A warto!
Bo miasto to tak naprawdę również miasto roślin, które zamieszkują głównie gatunki synantropijne czyli takie które przystosowały się do życia w środowisku przekształconym przez człowieka.

To mogą być gatunki rodzime albo, bardzo często, gatunki obcego pochodzenia.
Istnieje nawet pojęcie urbanofila, czyli rośliny której rozmieszczenie w mieście i okolicach skupia się w centrum miasta oraz roślin hermerofilowych (gr.hermeros=obłaskawienie, gr. philos =przyjaciel), czyli tych „zaprzyjaźnionych z człowiekiem”.

Czy wiecie że wiele z nich jest roślinami jadalnymi? Taki na przykład szarłat szorstki, koło którego zapewnie przechodzicie prawie codziennie, nie wiedząc nawet, jak bliskim jest krewnym amarantusa, którego czasem gotujecie na obiad.
Albo żółtlica, składnik jednej z klasycznych zup w Ameryce Południowej, której drobne kwiatki zwykle uchodzą uwadze przechodniów.
Dwurząd murowy na twoim trawniku przed blokiem… wiesz, że jego listki smakują i wyglądają jak rukola, którą kupujesz w supermarkecie?
Modna ostatnio portulaka sprzedawana na biobazarach… wiesz, gdzie jeszcze możesz ją zobaczyć? W szczelinach chodnika koło stacji metra:)


A parkowe drzewa?
Co jest w nich ciekawego?
W takim oliwniku odpornym na zasolenie bo w naturalnym środowisku rośnie w równie zasolonej ziemi?
W kasztanowcu, z którego owoców można zrobić mydło?
Albo topoli, której pączki mogą zastąpić aspirynę?

Miasto Roślin to fascynujące królestwo, które chcemy wam przybliżyć i pokazać jego piękno.
Cały lipiec będziemy dla was prowadziły spacery botaniczne, a pierwsze trzy z nich poświęcone będą właśnie miejskim parkom i roślinom synantropijnym oraz ruderalnym.

Lipcowe spacery botaniczne

Opublikowano Dodaj komentarz

O magnolio!

W Warszawie na Przyrynku rośnie przepiękna – cała obsypana białymi kwiatami. Muranów porastają z kolei magnolie różowe i amarantowe. Ich duże, odurzająco pachnące kwiaty zwiastują nadejście naprawdę ciepłych dni. Już się cieszymy!

Drzewo to wywodzi się z Dalekiego Wschodu. Podczas gdy w naszej szerokości geograficznej było sadzone głównie ze względu na piękny pokrój i cudowne kwiaty, chociażby w Chinach magnolie były znanymi roślinami leczniczymi. Od zawsze używano jej kwiatów, jednak najwięcej dobra kryje się w magnoliowej korze i liściach. Substancje czynne – magnolol i honokiol – mają wyjątkowo duże spektrum działania. Wykazują one m.in. działanie przeciwbólowe, przeciwzapalne, uspokokajające i antyagregacyjne. Wyciągi z kory magnolii są także dobroczynne dla skóry – uelastyczniają ją, rozjaśniają przebarwienia i działają przeciwzmarszczkowo.

Z kory nielicznych i jakże urokliwych drzewek nie zamierzam obdzierać, ale nie mogłam sobie odmówić uszczknięcia kilku kwiatów. Część trafiła do domowego octu – efekt marynowania jest bardzo przyjemny. Marynowane płatki fajnie sprawdzają się np. jako dodatek do pokrojonej we wstążki marchewki posypanej czarnym sezamem. Taka kompozycja polana klasycznym winegretem z soku cytrynowego i zimno tłoczonego oleju jest nie tylko piękna, ale i pyszna.

Część została zalana solanką (w proporcji łyżka soli na litr wody) i doprawiona trawą cytrynową (dwa średnie kwiatymagnolii na jedną trawę). Kisiła się dwa dni na blacie i została przełożona do lodówki. Efekt? Całkiem smakowity.

Magnolia kiszona w trawą cytrynową

Trzecia część płatków została zgnieciona, zawinięta ciasno w płótno, a potem w woreczek foliowy na 48 godz. Proces ten nazywa się utlenianiem enzymatycznym i prowadzi do wydobycia wyjątkowych aromatów z kwiatów i liści. W podobny sposób „fermentuje się” np. herbaciane liście na czarną herbatę. Herbatka z magnoliowych płatków okazała się wyjątkowo udanym eksperymentem. Jest jeszcze lepsza z dodatkiem suszonych kwiatów wiśni piłkowanej. Ach te kolory! Polecamy!

herbatka z płatkó magnolii i kwiatów wiśni piłkowanej
Herbatka z fermentowanych płatków magnolii

 

Opublikowano Dodaj komentarz

Jak zacząć jeść chwasty

Bardzo często na naszych warsztatach i spacerach botanicznych w pewnym momencie padają nieco nieśmiałe pytania. No dobrze, wiemy już (albo się dowiemy), które dzikie rośliny można zjeść, ale hmmm… tak jakby… eeee… no wiecie, jak to zrobić? Jak zacząć? Jak je wprowadzić do codziennego menu? To musi być strasznie skomplikowane prawda? Co mam właściwie zrobić z tym zielonym bukietem, który przyniosłem do domu?

Czasem okazuje się że wielu z was chciałoby zacząć częściej jeść dzikie rośliny jadalne, ale lęk przed tym że zrobią coś niesmacznego albo przygotują je źle, powstrzymuje je przed próbami.

Mamy dla was kilka prostych rad które ułatwią wam rozpoczęcie przygody z dzikim zielskiem w waszej kuchni:)

1. Zacznij od jednej czy dwóch dzikich roślin jadalnych, których jesteś pewien i które ci smakują, a następnie stopniowo wydłużaj listę gatunków.

Nikt nie powiedział że od razu musisz codziennie zbierać kosz pełen różnych gatunków i robić z nich cuda na kiju w swojej kuchni. Jeżeli spróbujesz jednej nowej roślinki na miesiąc w jakimś prostym daniu, to też będzie OK. Nie daj się wtłoczyć w wyśrubowane wzorce, które widzisz na przykład na niektórych grupach tematycznych. Za rok znowu będzie sezon na te same surowce. Zdążysz ich jeszcze spróbować. Daj sobie czas.

2. Na początku dodawaj dzikie rośliny do potraw, do których dodajesz podobnie smakującą zieleninę.

Zanim nabierzesz rozmachu, możesz np. podagrycznik dodać do dań do których dodajesz seler naciowy, bo warzywa te smakują podobnie. Pokrzywę – tam, gdzie dorzucasz szpinak, a czosnaczek do dań, które zazwyczaj doprawiasz czosnkiem. Przyjdzie czas, kiedy nabierzesz więcej śmiałości.

Czosnaczek

3. Łącz dzikie rośliny jadalne z warzywami i surowcami, które już znasz.

Jeżeli zwykle robisz sałatkę z rukoli, roszponki lub sałaty, niewielką część liści zastąp dzikimi chwastami jadalnymi. Do zupy z warzyw korzeniowych dorzuć korzeń pasternaku czy wiesiołka. Nie musisz przecież komponować całego dania tylko z tego, co zbierzesz na łące.

4. Nie bój się!

Jeżeli nie wyjdzie, to trudno. Nam też nie zawsze wszystko wychodzi tak, jak to sobie wyobrażałyśmy, tworząc przepis. To nie koniec świata i nie majątek. Mała strata, a każde nieudane danie jest też nauką. Na przykład jak nie łączyć surowców.

Uwierz, zdarzało się, że nasze eksperymenty lądowały w kompostowniku.

Nie pozwól, żeby cię to zniechęciło.

5. Inspiruj się.

Zbieractwo i gotowanie z dzikich roślin jadalnych jest coraz popularniejsze. Istnieje już wiele grup tematycznych, blogów lub kont na instagramie (zarówno krajowych, jak i zagranicznych), które możesz obserwować i inspiracje, które tam znajdziesz, potraktować jak wskazówki, co ciekawego możesz zrobić z surowcem.

Poza tym na grupach zawsze znajdzie się ktoś, kto wam doradzi, jeżeli nie macie zupełnie na coś pomysłu. Uczmy się od siebie nawzajem.

6. Zaprzyjaźnij się z jadalnymi kwiatami.

Wiele roślin ma jadalne i szalenie dekoracyjne kwiaty ( oczywiście nie wszystkie, zawsze najpierw sprawdź), a więc są wdzięcznym dodatkiem do potraw jako element smakowo-dekoracyjny. Łatwiej też będzie przekonać innych członków rodziny do waszych chwastnych, kulinarnych szaleństw, jeżeli będą ozdobione takim jadalnym dodatkiem. Szczególnie dzieci lubią jeść kwiaty. Wiadomo, to przecież dieta wróżek i elfów!

7. Zbieraj dzikie owoce.

Dzikie rośliny jadalne to nie tylko trudne do rozpoznania liście, ale również wspaniałe i aromatyczne owoce. Rokitnik, mirabelka, czeremcha, dereń, płonka, jeżyny czy swojska żurawina błotna. Można z nich robić koktajle, desery albo kompoty… prawda, że proste?

8. A może… herbata?

Herbaty ziołowe to nie tylko mięta i rumianek. Nawet popularne chwasty mogą się stać pyszną herbatą. Ziele przetacznika? Liście czeremchy? Kwiaty forsycji? Dzikie oregano lub macierzanka? Możliwości jest naprawdę wiele!

9. Stolik w dzikiej restauracji.

A może pomyślicie o wybraniu się na praktyczne warsztaty albo do miejsca, które serwuje już gotowe dania z dodatkiem dzikich roślin jadalnych?

Smakując gotowe dania (zrobione przez kogoś albo własnoręcznie na warsztatach), można w łatwy i przyjemny sposób poszerzyć swoją paletę smaków, odkryć połączenia, na które byście nie wpadli samemu, i uwolnić kulinarną wyobraźnię.

Warto!

10. Spotykajcie się z innymi zakręconymi zbieraczami.

Wspólne zbieranie, a potem gotowanie jest nie tylko prostsze ale sto razy przyjemniejsze. Twórzcie sieć kontaktów, umawiajcie się na wspólne wycieczki, spacery, posiadówy i pikniki. Sezon się zaczął. Nie mawymówek! Razem łatwiej się zmotywować.

Udanego sezonu!

A jeżeli wolicie jednak konkretne przepisy krok po kroku, zapraszamy do lektury naszej nowej książki 🙂

Znajdziecie w niej mnóstwo inspiracji na wiele różnych dań. Od przystawek, przez zupy, po desery.

 

Jeśli ktoś chciałby zakupić naszą książkę ze zniżką i (na życzenie 😉 autografem, zapraszamy na kiermasz do naszej pracowni Cztery Razy Trzy przy ul. Litewskiej 12 w Warszawie 29.04 od godz. 11 do 19.

Opublikowano Dodaj komentarz

Maść jałowcowa i inne dobrodziejstwa z granatowych szyszkojagód

Jałowiec znamy głównie jako przyprawę do mięs, gulaszy czy bigosu. Ale czy zastanawialiście się kiedyś, dla jakich jego właściwości oprócz aromatu tak chętnie go dodawano?

Szyszkojagody jałowca wykazują silne działanie moczopędne, zwiększają wydzielanie soku żołądkowego, a zawarte w nim fitoncydy zapobiegają rozwojowi bakterii i drożdżaków. Działa też żółciopędnie, a więc wspomaga trawienie. Zewnętrznie natomiast olejek jałowcowy odkaża, miejscowo rozgrzewa i wykazuje działanie przeciwreumatyczne . Pomaga też przy nerwobólach.

Przy tych wszystkich zaletach trzeba pamiętać, że jałowiec działa dosyć silnie i nie podajemy go przy ciąży, laktacji, krwotokach macicznych, białkomoczu, problemach z nerkami i w przypadku zapalenia pęcherzyka żółciowego.

My dzisiaj proponujemy kilka zastosowań tych granatowych aromatycznych kuleczek.

Uwaga! Pamiętajmy, żeby jałowiec rozdrabniać tuż przed użyciem ponieważ substancje czynne szybko wietrzeją i surowiec staje się mało wartościowy.

I. Maść jałowcowa

Maść jałowcowa. Rozgrzewająca,przeciwbólowa, przeciwreumatyczna, dobrze działająca przy nerwobólach. Dodatek kory wierzby i piołunu działa odkażająco i przeciwzapalnie. Olej z dziurawca działa gojąco, przeciwzapalnie i przeciwbólowo.

Składniki:

szklanka oleju kokosowego,1/2 szklanki oleju z kwiatów dziurawca, cztery łyżki wosku pszczelego, 1/2 szklanki szyszkojagód jałowca,1/2 szklanki kory wierzby białej (rozdrobnionej), 1/2 szklanki piołunu (rozdrobnionego)

Przygotowanie:

1. Olej kokosowy rozgrzewamy w kąpieli wodnej na bardzo małym ogniu, dodajemy rozdrobnioną korę i piołun. Rozdrabniamy jałowiec i od razu dodajemy do oleju. Mieszamy i podgrzewamy na bardzo ogniu i pod przykryciem, godzinę. Odcedzamy.

2. Dodajemy olej dziurawcowy i wosk. Mieszamy, aż wszystkie składniki się połączą.

3. Rozlewamy do pojemniczków. Czekamy do stężenia. Zakręcamy.

II. Wino jałowcowe

Wino jałowcowe działa moczopędnie, oczyszczająco na układ moczowy, antyseptycznie (również zewnętrznie) i wzmacniająco.

Aby je przygotować, należy użyć 1 części jałowca na 5 części wina. Jagody rozdrabniamy tuż przed zalaniem winem. Zalewamy gorącym alkoholem. Wytrawiamy 14 dni. Filtrujemy. Używamy jeden mały kieliszek dziennie. Nie zwiększamy dawek!

III. Rozgrzewająca i odkażająca kąpiel jałowcowa

Kiedy wracamy przemarznięci do domu, mamy problem z zimnymi stopami albo nadmiernym poceniem się i grzybicą, możemy zafundować sobie jałowcową kąpiel do stóp.

Składniki: Garść szyszkojagód jałowca, pół szklanki soli, garść suszonego piołunu, tymianku lub szałwii. Można też zrobić wersję korzenną i do jałowca dodać zamiast ziół mielony kardamon, cynamon i imbir (po łyżeczce)

Przygotowanie: Do garnka wlewamy wodę, podgrzewamy, dodajemy świeżo rozdrobniony jałowiec i wybrane dodatki. Zagotowujemy i gotujemy kilka minut. Zdejmujemy z ognia, dodajemy sól. Mieszamy do rozpuszczenia. Gotową kapiel wlewamy do miski i czekamy, aż ostygnie na tyle, że damy radę zanurzyć w niej stopy. Czas trwania: 5-10 minut.

wino z jałowcem