Opublikowano Dodaj komentarz

Trzy sposoby na miętę nadwodną (Mentha aquatica)

Jeżeli mieszkacie blisko rzeki albo jeziora, bardzo prawdopodobne, że spacerując, znajdziecie nad ich brzegami dziką miętę nadwodną.

Bardzo często jest zresztą stosowana w ogrodach do obsadzania oczek wodnych i stawików, ponieważ świetnie sobie radzi z wysokim poziomem wody i potrafi rosnąć nie tylko na podmokłych terenach, ale wręcz w wodzie.

Kiedy pierwszy raz ją zerwiecie, możecie być nieco zaskoczeni. Owszem, pachnie miętą, ale jej zapach jest jednak inny od tego znanego z gumy do żucia lub pasty do zębów. Bogatszy, cięższy, z nutą cytrusów i żywicy.

Może to być wyzwaniem albo inspiracją:)

Postanowiłyśmy wam trochę pomóc i podrzucamy trzy sposoby na to, jak poradzić sobie z przyniesionym do domu zielonym pęczkiem.

Sposób pierwszy: ANGIELSKI SOS MIĘTOWY

składniki:

pęczek mięty

kilka łyżek octu ( w naszym przypadku pasteryzowanego, domowego octu bananowego)

dwie łyżki cukru trzcinowego

łyżka soku z limonki

przygotowanie:

1. Miętę dokładnie umyj pod strumieniem bieżącej wody. Oderwij listki (łodyżek nie wyrzucaj, jeszcze nam się przydadzą). Listki przenieś do wysokiego naczynia.

2. Dodaj do nich sok z limonki.

3. Ocet podgrzej z cukrem, mieszając, aż cukier się rozpuści. Gorący (koniecznie) dodaj do listków i soku.

Zmiksuj na gładki sos. Przełóż do wyparzonego słoiczka i przechowuj w lodówce ok. tygodnia. Możesz też zapasteryzować słoiczek.

Drugi sposób: LEMONIADA MIĘTOWA

składniki:

1,5 l gazowanej wody mineralnej

sok z jednej pomarańczy i jednej cytryny/limonki

kilka gałązek mięty (sparzonych krótko gorącą wodą)

przygotowanie:

1. Wodę przelej do dzbanka, dodaj sok z cytrusów oraz kilka plastrów owoców.

2. Miętę dokładnie umyj , lekko posiekaj albo zgnieć w dłoniach i dodaj do wody z sokiem. Możesz dorzucić kostki lodu. Wymieszaj.

 

Sposób trzeci: AROMATYZOWANY OCET/ SHRUB Z CYTRUSÓW, MIĘTY I DOMOWEGO OCTU

składniki:

500 ml domowego pasteryzowanego (!) octu

jedna cytryna albo limonka ( ważne, żeby była niepryskana, bo użyjemy też skórki)

łodyżki z mięty, które zostały nam z innych dań

przygotowanie:

1. Do wyparzonego słoja lub butelki wciskamy sok z cytryny lub limonki. Wrzucamy też ok. jednej-dwóch łyżeczek startej skórki (bez białej części/albedo) oraz posiekane łodyżki mięty.

2. Ocet podgrzewamy, ale nie doprowadzamy do wrzenia. Gorącym octem zalewamy składniki w butelce. Macerujemy 7-10 dni, codziennie mieszając. Po tym czasie odcedzamy. Uzyskaliśmy aromatyzowany ocet.

Możemy do niego dodać cukier, tak jak robimy syrop i uzyskamy w ten sposób ciekawy shrub, który może być dodatkiem do drinków lub letnich lemoniad/ mrożonych herbat itp.

Uwaga!

Może zwróciliście uwagę, że we wszystkich przepisach zwracamy szczególną uwagę na dokładne mycie/sparzenie lub zalewanie gorącym płynem mięty nadwodnej.

Ma to związek z profilaktyką zakażeń motylicą wątrobową (fascjoloza), pasożytem, którego larwy mogą występować na podmokłych terenach. Dlatego pamiętajmy, żeby rośliny zebrane z takich terenów zawsze dokładnie myć pod czystą, bieżącą wodą albo sparzyć gorącą wodą przed spożyciem.

Opublikowano Dodaj komentarz

O magnolio!

W Warszawie na Przyrynku rośnie przepiękna – cała obsypana białymi kwiatami. Muranów porastają z kolei magnolie różowe i amarantowe. Ich duże, odurzająco pachnące kwiaty zwiastują nadejście naprawdę ciepłych dni. Już się cieszymy!

Drzewo to wywodzi się z Dalekiego Wschodu. Podczas gdy w naszej szerokości geograficznej było sadzone głównie ze względu na piękny pokrój i cudowne kwiaty, chociażby w Chinach magnolie były znanymi roślinami leczniczymi. Od zawsze używano jej kwiatów, jednak najwięcej dobra kryje się w magnoliowej korze i liściach. Substancje czynne – magnolol i honokiol – mają wyjątkowo duże spektrum działania. Wykazują one m.in. działanie przeciwbólowe, przeciwzapalne, uspokokajające i antyagregacyjne. Wyciągi z kory magnolii są także dobroczynne dla skóry – uelastyczniają ją, rozjaśniają przebarwienia i działają przeciwzmarszczkowo.

Z kory nielicznych i jakże urokliwych drzewek nie zamierzam obdzierać, ale nie mogłam sobie odmówić uszczknięcia kilku kwiatów. Część trafiła do domowego octu – efekt marynowania jest bardzo przyjemny. Marynowane płatki fajnie sprawdzają się np. jako dodatek do pokrojonej we wstążki marchewki posypanej czarnym sezamem. Taka kompozycja polana klasycznym winegretem z soku cytrynowego i zimno tłoczonego oleju jest nie tylko piękna, ale i pyszna.

Część została zalana solanką (w proporcji łyżka soli na litr wody) i doprawiona trawą cytrynową (dwa średnie kwiatymagnolii na jedną trawę). Kisiła się dwa dni na blacie i została przełożona do lodówki. Efekt? Całkiem smakowity.

Magnolia kiszona w trawą cytrynową

Trzecia część płatków została zgnieciona, zawinięta ciasno w płótno, a potem w woreczek foliowy na 48 godz. Proces ten nazywa się utlenianiem enzymatycznym i prowadzi do wydobycia wyjątkowych aromatów z kwiatów i liści. W podobny sposób „fermentuje się” np. herbaciane liście na czarną herbatę. Herbatka z magnoliowych płatków okazała się wyjątkowo udanym eksperymentem. Jest jeszcze lepsza z dodatkiem suszonych kwiatów wiśni piłkowanej. Ach te kolory! Polecamy!

herbatka z płatkó magnolii i kwiatów wiśni piłkowanej
Herbatka z fermentowanych płatków magnolii

 

Opublikowano Dodaj komentarz

PIEL I ZJADAJ! Czyli co zbierać wiosną z ogródka i nie tylko, cz. 1

 

Siedzę na werandzie w pierwszych promieniach wiosennego słońca i patrzę na w większości szary jeszcze ogródek.

Szary i nieużyteczny dla niewprawnego oka, ale nie dla chwastożerców! Bo oto zaczyna się moment, kiedy wszystkie chwasty poczuły wiosnę i w ciągu kilku dni wybiją z prędkością światła i zajmą niezarośnięte jeszcze przez warzywa i ogrodowe kwiaty, grządki, alejki i skalniaki.

Na razie ciesze się jeszcze chwilką bezruchu, siedząc z ziołową herbatą, z kocykiem zarzuconym na plecy, słuchając rozochoconego szczebiotu ptaków… ale w głowie już składają się nowe receptury i przepisy z tego, co zaraz trzeba będzie wypielić.

Zdradzę wam tajemnicę. O wiele przyjemniej i z większą ochotą pieli się ogródek, kiedy młodziutkie, wiosenne chwasty potraktujesz jak nowalijki i zrobisz z nich sałatki, koktajle lub dorzucisz do zup.

No ale co konkretnie mamy zjadać zapytacie? Już wam mówię.

Zapraszam do pierwszej części wiosennego poradnika zbieracza:

1. Podagrycznik pospolity ( Aegopodium podagraria L. )

Rodzimy gatunek z rodziny selerowatych, a więc tej, do której należą i jedne z najsmaczniejszych, i jedne z najbardziej trujących roślin naszej flory. Na szczęście dość łatwy do rozpoznania.

Chociaż dobrze wiem, że z powodu swojej wielkiej oporności i zdolności do odrastania z najmniejszego kawałeczka kłącza budzi w ogrodnikach wiele negatywnych emocji.

Mam dla was dobrą wiadomość! Możecie powyżywać się na młodych listkach podagrycznika, wyrwać je do cna, a potem wsadzić do gara;) Ale zanim zaczniecie upewnijcie się że dobrze rozpoznaliście podagrycznik.

Młode listki wyrastające z ziemi i te na dole łodygi są charakterystyczne podwójnie trójlistkowe, co oznacza że jeden duży liść tworzą dwa trójdzielne (podzielone na trzy) listki po bokach i jeden , również trójdzielny u szczytu. Są delikatnie piłkowane i co ważne ogonki liściowe zawsze są gładkie. Po obejrzeniu kilku zdjęć albo spacerze z kimś doświadczonym na pewno nie będziecie już mieli trudności w ich oznaczeniu.

A warto się tego nauczyć. Podagrycznik jest jedną z tych roślin, której spożycie wzrastało w czasach głodu, a w średniowieczu podobno nawet sprzedawano go na targach.

Jadalne są młode i trochę starsze liście, ale używać można również kwiatów i charakterystycznych w smaku nasion. Jednak wiosna zobowiązuje i dzisiaj skupimy się na jasnozielonych liściach.

Co z nich zrobić?

Dodajcie je posiekane do wiosennych sałatek. Nadadzą im lekko selerowy smak. Dodajcie do wiosennych zup albo… zakiście! Tak , tak, barszcz z kiszonych liści podagrycznika jest jedną ze smaczniejszych chwastnych zup. Młode liście możecie dodawać też do chwastnego pesto albo używać jako dodatek do past z roślin strączkowych.

Uwagi:

1. Czasami możecie spotkać się z odmianą o liściach biało-pstrych. Wszystko w porządku! Ona też jest jadalna.

2. Pamiętajcie, że podagrycznik też (jak wiele roślin z rodziny selerowatych) zawiera furanokumaryny , a więc substancje, które mogą wywoływać fotodermatozy. Zachowajmy więc ostrożność w przetrzebianiu zarośli młodego podagrycznika w ciepłe i bardzo słoneczne dni. Róbmy to w rękawiczkach i z długim rękawem, najlepiej rano lub wieczorem. Wysypki po furanokumarynach są nieprzyjemne i nasilają się pod wpływem światła słonecznego.

2. Przytulia czepna (Galium aparine L.)

Ach! Wczesna wiosna to najlepsza pora ze wszystkich na zbiór tej przytulii.

Młode roślinki nie mają jeszcze wykształconych ostrych igiełek krzemionkowych na brzegach listków, którymi czepiają się ubrań i sierści zwierząt (stąd drugi człon nazwy gatunkowej) i można je podjadać po prostu w sałatkach lub miksować w koktajlach, nie bojąc się że podrapią nam gardło lub skórę (potem trzeba już ją dokładnie miksować, dusić albo wyciskać z niej sok).

Mają delikatny, świeży aromat świetnie komponujący się z ogórkiem czy rzodkiewką albo z domowym jogurtem.

Bardzo łatwo ją rozpoznać, bo oprócz tego, że jest nieco szorstka w dotyku, to jej listki wyrastają w okółkach po 6-10 naokoło łodygi, a sama roślina płoży się lub wspina po podporach, które napotka.

Warto ją dorzucić do wiosennego menu, bo odtruwa i pobudza przemianę materii.

3. Ziarnopłon wiosenny ( Ficaria verna Huds. )

Roślina dostępna tylko wiosną! Co więcej, kulinarnie jeszcze krócej, ponieważ zbieramy jej listki do jedzenia tylko i wyłącznie przed kwitnieniem. Zawiera protoanemoninę, anemoninę i ranunkulinę, których stężenia w całej roślinie w czasie kwitnienia i po nim znacznie wzrastają i czynią ją już wtedy trującą. W tym czasie interesować się nią będą już tylko wytrawni fitoterapeuci. My zapamiętajmy, żeby zrywać jej smaczne, bogate w witaminę C i jeszcze całkiem bezpieczne listki przed pojawieniem się kwiatów.

Po przekwitnięciu szybko zamiera i znika aż do następnej wiosny. Listki mają okrągło-sercowaty kształt, a blaszka liściowa jest gładka i błyszcząca.

A co zrobić z zebranymi listkami? Dodawajcie je do sałatek, surówek, kładźcie na kanapki (szczególnie dobrze komponuje się z żółtym serem lub twardym kozim) albo do wiosennego farszu naleśnikowego razem z innymi chwastami.

4. Rzeżucha włochata (Cardamine hirsuta L.) oraz jej mieszańce z innymi rzeżuchami.

To jedna z najmniejszych rzeżuszek w naszych ogrodach. Często cała roślinka razem z łodygą kwiatową i kwiatkiem ma ledwie 7 cm (chociaż zdarzają się egzemplarze do 30 cm). Dlatego zwykle znika nam z oczu już późną wiosną, kiedy to zarastają ją inne rośliny.

Teraz natomiast króluje na pustych jeszcze trawnikach i grządkach najpierw tworząc charakterystyczne, małe okółki z liści, z pośrodku których wyrasta niewielka łodyżka z małymi, niepozornymi białymi kwiatkami na końcach.

Tak, tak, już kwitnie. Jest jedną z najwcześniej kwitnących dzikich roślin jadalnych.

Cała roślinka, nawet z korzonkiem, jest jadalna i ma ostry, rzodkiewkowaty smak, który świetnie ożywia nie tylko sałatki, ale i np. farsz do jajek albo pasty jajeczne.

Można ją stosować posiekaną do posypywania sałatek albo zup zamiast hodowanej na ligninie pieprzycy siewnej.

Spróbujcie wymieszać z posiekanymi listkami świeży, biały twaróg. Rewelacja!

Jak widzicie, ogródek, trawnik i łąka oferuje nam już teraz wiele ciekawych surowców.

A więc rękawiczki w dłoń i pielimy a potem… omnomnomnom… zjadamy ze smakiem.

Opublikowano Dodaj komentarz

Czarny ocet

Pomysł na ten ocet narodził się kilka dobrych tygodni temu, kiedy za oknem było jeszcze całkiem szaro, zimno i ponuro.

Zamarzyła mi się letnia sałatka z ciemnym, aromatycznym octem balsamicznym.

A tu jak na złość… żadnego octu balsamicznego, żadnych pachnących słońcem pomidorów.

Nic to… postanowiłam poprawić sobie humor, nastawiając chociaż jakiś nowy ocet.

Ale nie byle jaki, tylko CZARNY OCET…

Chciałam, żeby chociaż trochę przypominał ocet balsamiczny i miał głęboki, mocny aromat. Udało się!

Po kilku miesiącach już mogę wam donieść – to jeden z najlepszych octów, jakie zrobiłyśmy. Z czego – zapytacie?

Jeszcze chwila cierpliwości:) Zaraz uchylę rąbka tajemnicy, ale najpierw napiszę słów kilka o tym, czym jest prawdziwy ocet balsamiczny.

Ocet balsamiczny to ocet powstający z zagęszczonego moszczu winnego określonych odmian białych lub czerwonych winogron. Jego produkcja trwa ok. 12 lat, w czasie których w procesie parowania i fermentacji moszcz zmniejsza swoją objętość o blisko 10% rocznie. Oznacza to, że aby wyprodukować litr octu balsamicznego, trzeba użyć ok. 145 kg surowych winogron!

W warunkach domowych trudno zabrać się do prawdziwej produkcji octu balsamicznego. Możemy jednak trochę oszukać rzeczywistość i zrobić gęstszy niż zwykle i bardziej esencjonalny ocet innym sposobem, np. używając resztek konfitur lub dżemów. A kwiecień jest idealnym momentem na czyszczenie szafek po zimowych zapasach.

Poza tym nie wiem, czy wiecie ale postanowiłyśmy, że kwiecień 2018 będzie FERMENTACYJNYM KWIETNIEM !

Może więc pierwszym fermentem, jaki zrobicie w ramach naszej akcji, będzie ten typ octu?

A teraz rozwiązanie zagadki!

Nasz czarny ocet powstał z resztek konfitury z czarnego bzu i aromatycznych strąków czarnego kardamonu. Jest więc podwójnie czarnym octem:)

Oto przepis:

1. Do wyparzonego słoika wrzucamy taką ilość konfitur lub dżemu żeby stanowiła 1/3-1/2 objętości słoika i dopełniamy letnią wodą, dokładnie mieszając. Zostawiamy ok. 2 cm wolnego miejsca, ponieważ octy na dżemach lubią sobie poszaleć i czasem ich fermentacja zachodzi naprawdę burzliwie.

2. Do gotowego nastawu dorzucamy 2-3 strączki czarnego kardamonu oraz – aby ułatwić fermentację – albo łyżeczkę innego żywego octu, albo kawałek matki octowej.

3. Przez pierwsze 2-3 tygodnie ocet codziennie mieszamy, a kiedy zakończy się etap burzliwej fermentacji (przestanie powstawać piana i bąbelki), zostawiamy jeszcze na 4-6 tygodni, aż nabierze octowego zapachu i kwaśnego smaku.

4. Gotowy ocet zlewamy, przecedzając go przez sitko do wyparzonych butelek z nakrętką.

Odstawiamy na tydzień. Po tym czasie delikatnie odkręcamy i sprawdzamy, czy fermentacja octowa naprawdę się skończyła. Jeżeli pod nakrętką zebrał się gaz i przy odkręcaniu usłyszymy charakterystyczne syknięcie, oznacza to, że jeszcze musimy pozwolić naszemu octowi chwilę popracować w słoiku ze ściereczką. Jeżeli nie, nasz ocet jest gotowy!

Matka octowa formująca się na czarnym occie

Czarny ocet z konfitury z czarnego bzu i czarnego kardamonu ma piękny, głęboki kolor, gęstszą niż tradycyjny konsystencję i wspaniały zapach owoców, bzu oraz lekko wędzonego, żywicznego, czarnego kardamonu. Poezja!

Charakterystyka składników:

OWOCE CZARNEGO BZU (Sambuci fructus)

Owoce czarnego bzu zawierają dużą ilość antocyjanów, flawonoidów, garbników i kwasów organicznych. Poza tym możemy też znaleźć w nich pektyny i cukry. To sprawia, że wyciągi z owoców czarnego bzu działają przeciwwirusowo, antybakteryjnie, immunostymulująco oraz antyoksydacyjnie, co oznacza że jego owoce mogą być stosowane wspomagająco w leczeniu grypy i przeziębień oraz w okresach zwiększonej zachorowalności na wszelkiego rodzaju infekcje. Pamiętajmy jednak, że oprócz wszystkich dobrych składników owoce czarnego bzu zawierają także sambunigrynę i prunazynę. To związki działające silnie drażniąco i toksycznie na nasz układ pokarmowy, dlatego nigdy (!) nie spożywajmy ich na surowo, jedynie po obróbce cieplnej, w czasie której te związki ulegają rozkładowi.

CZARNY KARDAMON (Amomum subulatum, Amomum costatum)

Czarny kardamon to nie to samo co powszechniej znany kardamon malabarski (zielony).

Wprawdzie jest to roślina należąca do tej samej rodziny imbirowatych (Zingiberaceae), ale to inny gatunek. Surowcem przyprawowym jest podłużna torebka nasienna wypełniona nasionami. W zapachu czarnego kardamonu przeważają nuty żywiczne, kamforowe, korzenne i lekko wędzone.